Posty otagowane jako Albuquerque
No i jesteśmy! Po 25 godzinach lotu, koczowaniu na lotniskach, drobiazgowych przeszukaniach w związku z zaostrzoną kontrolą bezpieczeństwa... w końcu dotarliśmy do Nowego Meksyku.
No dobra, jestem, byłem, mam. Udało mi się skonfigurować łącze w Słupsku do potrzeb laptopa, mogę więc wpisać długą i wyczerpującą tyradę na temat tego, co było, jest i być może będzie.
Pogoda naprawdę nas nie rozpieszcza w tym roku Nowym Meksyku. Zima: najgorsza od lat, wiosna to samo. Ostatnie kilka dni było fatalne, potwornie wiało, padał deszcz. Dzisiaj wygląda na to, że będzie lepiej, zresztą zapowiadają upały a najbliższe dni. Problem w tym, że dzisiaj jadę do Arizony, do Wielkiego Kanionu, wracam w piątek.
Stan mojej nogi zaczyna się poprawiać. Równocześnie powoli szykujemy się do wyjazdu do Polski.
Długo czekałem na ten wpis, ale wreszcie się doczekałem. Znowu biegałem! Nie było to nic nadzwyczajnego, nadal nie jest dobrze, zrobiłem tylko 6km marszobiegu, do tego wciąż czuję ból, ale... jest postęp!
Koniec pobytu w Albuquerque jest bardzo pechowy - już po zakończeniu pracy, po przejściu tutejszej zimy stulecia, złapałem przykrą kontuzje ścięgna. To stawia pod znakiem zapytania moje dalsze bieganie w tym sezonie.
Nic się nie dzieje. Naprawdę. Od kilku dni zepsuła się pogoda i jeśli wcześniej temperatura dochodziła do 30 stopni, tak teraz są 3, leje, wieje, nie ma słońca. Prawdę mówiąc, niewiele tracę nie biegając.
Nie biegam - boli mnie pięta. Ale dzisiaj na stadionie spotkałem za to byłego rekordzistę świata na kilku dystansach.
Mówi się, że wypadki chodzą po ludziach. Sęk w tym, że po mnie chodzą wyjątkowo często. Uważam to za głęboko niesprawiedliwe.
Dzisiaj był dzień stadionowy - trenowaliśmy na pięknie położonym obiekcie Albuquerque Academy. Oprócz nas biegała tam grupa japońskich maratonek.
