Tak, koniec. No bezapelacyjnie, nieodwołalnie i nieodwracalnie koniec. Spadł śnieg. Znowu. Tylko więcej. Właściwie to spadło tyle śniegu, że nie wiem, czy się odkopiemy do wiosny. Nowy Meksyk odcięty od świata, samoloty nie latają, samochody też nie latają, ale to akurat niezbyt dziwne. Drogi zamknięte, nasz samochód zasypany śniegiem od góry do dołu - jutro rano zrobię na pewno zdjęcie, ale na razie mamy zasypane drzwi i nie można wyjść. A do tego jeszcze wodę nam ciągle zakręcają, prąd już raz się wyłączył, no i jeszcze kostki mnie obie bolą, a dziś mieliśmy się spotkać na piwie z chłopakami z Polski, bo przyjechał Przemek Bobrowski. Tylko nie dotarli do nas przez ten śnieg i Ola musiała sama wszystko wypić...
Do 18 spadło 60cm śniegu, a ma padać jeszcze co najmniej całą dobę. To by było na tyle jeśli chodzi o trenowanie przez najbliższy miesiąc. Zostaje nam człapanie. A z człapania, jak wiadomo, można się wytrenować jedynie do człapania, witamy więc w klubie człapaków.
Jutro zamieszczę zdjęcia, o ile nie zasypie nas ze szczętem. I to się nazywa piękny koniec roku.
