Dziś dzień wolny, dzień wesoły, bo nie trzeba iść... do pracy. Tak się ustawiliśmy, że wymigaliśmy się od wszelkich wizyt i mamy cały dzień dla siebie. Dlatego zaraz obejrzymy jakiś film, potem wyskoczymy może na tutejszą "starówkę". Starówka w amerykańskim mieście ma zwykle nie więcej niż 100 lat, czyli odpowiada wiekowo połowie naszych osiedli mieszkaniowych ; )
Dzisiejszy trening był już solidniejszy. W górach wciąż leży śnieg, biegaliśmy więc zabawę biegową w parku. Najpierw 11km rozbiegania, potem gimnastyka, lekkie rozciąganie, 2 przebieżki dogrzewające, potem zabawę biegową 20 x 150m, powrót w truchcie jako przerwa. Potem 4km z powrotem do domu i 20 km strzeliło jak z bicza. Plus rozciąganie i piłka lekarska w domu. To się nazywa dobre wejście w tydzień.
Jeśli chodzi o nowości, to ostatnio widziałem w górach kojota, biegł jakieś 40m przed nami. Wyglądał jak mały wilk, czułem się zupełnie jak Old Shatterhand. Kolejną nowością jest to, że od biegania w okularach przeciwsłonecznych (a słońce i wiatr wyciskają ze mnie łzy) opalił mi się nos i okolice, a dookoła oczu mam białe obwódki, co sprawa, że wyglądam jak panda. Ale wszyscy lubią pandy, prawda?
Mam tylko nadzieję, że w Nowym Meksyku nie ma sezonu polowań na pandy.
Poniżej zdjęcie z okresu przedpandyjskiego. Dowód na to, że przeszedłem na dietę sportową...

P.S. Uważny obserwator znajdzie co prawda na drugim planie butelkę z winem, ale to miraż, fatamorgana, poza tym wino jest słabe i piję tę jedną butelkę od miesiąca...

