Wchodzi ten trening w nogi, naprawdę wchodzi... Po wczorajszych 200tkach dzisiaj ledwo dobiegłem długie rozbieganie, na piłkach goniłem już resztą sił. Ale nie wyprzedzajmy faktów, jak mawia ojciec Wołoszański...
Przedwczoraj wyszliśmy na dwa treningi, jednak na drugim zrobiliśmy tylko 6km i gimnastykę, bo złapała nas noc. Do tego zaczął mnie boleć mocno lewy achilles, już myślałem, że to będzie oznaczać kilka dni przerwy, ale przeszedł. Jednak najwyraźniej bolał po bieganiu na tartanie, nie wiadomo więc, jak będzie w niedzielę.
Wczoraj 6km rozgrzewki, potem 20 x 200m w formie zabawy biegowej. Po raz pierwszy zaczęło to wychodzić wyraźnie szybciej. Oczywiście to nadal prędkości śladowe, ale jednak widać postęp. Pierwszy odcinek pobiegłem w 38,3 na zupełnym luzie, a teren jest lekko pofałdowany. No i tak zostałem, śmigałem po 38-39 sekund, starając się szybciej truchtać przerwy, które wychodziły ok 1'10". Potem praca.
Dzisiaj wyszliśmy na długie rozbieganie, łącznie z przebieżkami wyszło 21km, do tego piłka lekarska. Biegło się ciężko, przynajmniej sam koniec. Chodzi o to, że to góry, biegnie się wolno, więc czas trwania wysiłku jest długi, spala się całe zapasy węglowodanów. Bo nie licząc przebieżek i gimnastyki, wyszła 1 godzina 41 minut biegu. To ma prawo wejść w mięśnie.
Na piłkach lekarskich złapał mnie i Olę koszmarny atak śmiechu, nie mogliśmy dokończyć ćwiczeń. To pewnie przez te spalone węglowodany.
A co najlepsze, popołudniu mamy zamiar wyjść na drugi trening, zobaczymy, co z tego wyniknie. Niestety, zacząłem znowu lekko czuć ścięgno pod prawą kostką...
