Zaniedbałem ostatnio pisanie o sprawach treningowych. Nie będę ukrywał, że miało to związek z pewnym spadkiem motywacji treningowej. Mistrzostwa Polski nie były dla mnie zbyt udane. A co najważniejsze - start na 800m postawił pod znakiem zapytania całą moją tegoroczną strategię. Założyłem, że startuję na dystansie 800m, bo to lubię, najłatwiej mi się przygotować, do tego jest to dystans, na którym odniosłem największe sukcesy. Na mistrzostwach okazało się, że nawet jeśli jestem w stanie przygotować się na niezły wynik, to straciłem w ostatnich latach "depnięcie" - to przyspieszenia na końcowych metrach, kluczowe na średnich dystansach. Moje przyspieszenie jest wystarczające w dłuższych biegach (tam, gdzie jestem w stanie dotrwać do finiszu), ale na 800m - nic z tego, to jest zupełnie inna prędkość.
To jest zresztą duże zagadnienie - czym innym jest bardzo mocne ostatnie 200m przyspieszane ze strefy względnego komfortu, jak w biegach długich, a czym innym to samo w biegu na 800m, odbywające się na bardzo dużym zmęczeniu kwasowym i mięśniowym. Opisałem kiedyś taką teorię, że ta umiejętność to domena biegaczy młodych, których układ nerwowy jest w stanie znieść wysokie skoki poziomu mleczanu we krwi. Być może coś w tym jest, chociaż jest sporo przykładów bardzo dobrych 800-metrowców, startujących dług po 30-tce.
Na
początku sezonu, kiedy bardzo mocno poprawiałem się szybkościowo,
wydawało mi się, że mogę rywalizować niemal z każdym w Polsce. Okazało
się, że jest inaczej - w taktycznym, bardzo wolnym biegu podczas
mistrzostw okazałem się dużo za wolny na finiszu. Szybko pojawiło się
więc pytanie - czy 800m to jeszcze dystans dla mnie?
Ogólnie mówiąc, musiałem zresetować całe swoje plany i założenia, przemyśleć je od początku. Szybko doszedłem do wniosku, że tak czy inaczej moją przyszłością jest trening tlenowy, który wykonuję od dłuższego czasu. Czy dokładam do tego specyficzną pracę do dystansu 800m, czy idę w bieganie dłuższych dystansów, to wytrzymałościowa podstawa jest podobna. Niczego więc nie przesądzając, biegałem ostatnio cały czas w tlenie, czasami tylko pozwalając sobie na wolne lub nieco mniejsze zaangażowanie biegowe.
Trening do biegów średnich ma jedną, podstawową wadę - otóż sezon trwa w gruncie rzeczy krótko. W tej chwili nie mam przed sobą żadnych sensownych startów na bieżni, poza ligą lekkoatletyczną. Choćby z tego względu ciężko się motywować - trenować, ale do czego? Ja jestem zadaniowcem, wytyczam cel i go realizuję, trening bez konkretu robi się nudny.
Od pewnego czasu jestem w Zamościu - i tutaj cały czas jest gorąco. To nie pozwalało mi się na pełne skupienie na treningu, naprawdę trudno biegać np. długie biegi w ciągłym upale. Na Pomorzu deszcz, zimno, wiatr, a tutaj non stop upał. Dopiero od paru dni zrobiło się nieco chłodniej - ale nadal w okolicach 25 stopni lub lepiej.
Krótko
po mistrzostwach zrobiłem tydzień sporego luzu. Jechałem na wesele,
długa podróż, do tego zmęczenie startami i zniechęcenie - nie chciało mi
się robić niczego konkretnego. Biegałem więc to, co akurat było pod
ręką, to, co biegali inni i w miarę mi pasowało. Bodajże w czwartek po
mistrzostwach na treningu w pełnym słońcu pobiegłem 2x4km w tempie od
3:45 do 3:25/km. Dzień później: 3x4km w podobnym tempie. Te treningi
oraz kolejne pokazały mi po raz kolejny, że pod względem
wytrzymałościowym jestem przygotowany bardzo dobrze. Prędkość 3:40/km to
dla mnie spacer, czy biegnę pięć kilometrów czy dwadzieścia. Jedynym
problemem przy dłuższych wysiłkach jest zmęczenie mięśniowe - kilka
miesięcy śmigałem głównie szybkie, dynamiczne bodźce, podnosząc się
mocno na palcach, w kolcach. Bieganie długo w średnim tempie, przy innym
ustawieniu stopy, męczyło mnie mięśniowo i psychicznie - ale mimo
wszystko pod tym względem jest zaskakująco dobrze.
Potem
spróbowałem nieco mocniejszych, wytrzymałościowych bodźców. Ciekawiło
mnie, jak po paru miesiącach treningu opartego głównie o krótkie odcinki
poradzę sobie na dłuższym dystansie. Już w Zamościu biegałem najpierw
5x1km - w tempie od 2:59 do 2:47. Dość pozytywny bodziec. Co prawda
dokuczał mi żołądek i w okolicach 3:00/km nie czułem się w pełni
komfortowo, ale depnięcie na 2:47 nie było problemem. Tu zresztą uwaga,
że dzisiaj zrobiłem podobny trening, przed startem w weekend. Podobny w
sensie mentalnym - biegałem 10x300m w tempie ok. 48 sekund i nie czułem
się za dobrze. Ostatni jednak przyspieszyłem bez wielkiego spinania na
40 sekund, co mocno mnie zaskoczyło. Być może chodzi tu o jakiś rodzaj
zmęczenia mięśniowego - dopiero podnosząc się bardziej na palce, wybijając dynamiczniej, zaczynam czuć się dobrze? Kto wie.
Drugim
szybkim, wytrzymałościowym bodźcem było 2x3km, biegane parę dni temu.
Tu znowu pozytywne zaskoczenie: pobiegłem to w tempie 3:11 i 3:10/km i
na tych prędkościach czułem się bardzo luźno. Największym problemem było
to, że biegałem w zapadających ciemnościach i nad murawą zaczynały się
unosić chmary muszek. Jedna prosta to był koszmar - biegłem z
zamkniętymi oczami, połykając całe stada tego robactwa - i tak co
okrążenie. Gdyby nie to, spokojnie pobiegłbym nawet mocniej, chociaż nie
było takiej potrzeby. Na koniec trzasnąłem po ciemku kilka 200-tek.
Liga lekkoatletyczna jest za 2 tygodnie i na niej pobiegnę prawdopodobnie 800m. Natomiast w ten weekend będę chyba w Lublinie, startując na przetarcie w biegu na 3000m. Kolega z klubu biegnie, przebiegnę się z nim, a że trójki w tym roku nie biegałem, ciekawi mnie, jak się będę czuł. Co potem? Zabijcie mnie, ale nie wiem. Mam różne plany, różne przymiarki, niektóre dość wariackie. Na razie jednak mam starty na bieżni. Pobiegnę te 3000m, potem 800m, chętnie zaatakowałbym 5000m, ale nie bardzo mam gdzie. Przydałoby się też poprawić tegoroczny wynik na 1000m, ale czy będzie okazja? Zobaczymy.
Fizycznie czuję się dobrze, nic mi nie dolega. Postaram się wkrótce napisać coś na temat odbywających się mistrzostw świata - nie każdy jest w stanie wszystko wyłapać, zrobię więc jakąś syntezę.
Oceń
Komentarze
To jest bardzo skomplikowane zagadnienie i może poświęcę temu jakiś wpis. Z jednej strony cyferki ograniczają. Czasami na zawodach bywa tak, że dopiero po usłyszeniu międzyczasu zawodnik robi się zmęczony, bo dopiero wtedy dowiaduje się, że biegnie szybko. Ma zakodowane, że taka a taka prędkość to jest mocno i nie jest w stanie jej przekroczyć.
Ale z drugiej strony pomiary to jest usprawnianie treningu. W przygotowaniu do zawodów na bieżni, gdzie wszystko opiera się o precyzyjne czasy, jest to bardzo pomocne. Pozawala czuć tempo, porównywać poszczególne bodźce, mierzyć progres itd.
I jeszcze jedno: pomiary przynajmniej zapobiegają nudzie. Do stadionu trenuje się dużo na stadionie. Taka Ola mieszka w takim miejscu, że niemal wszystko kręci na stadionie lub na małych pętelkach w mieście. W takich warunkach wyczekuje się do kolejnego międzyczasu, jest to przełamanie monotonii.
Ja np. czasami robię rozgrzewkę przed akcentem na stadionie, lecąc 3-4km. Jest to śmiertelnie nudne, więc mierzę kolejne międzyczasy, podkręcam tempo i przynajmniej w ten sposób leci mi to szybciej.
Musisz pamiętać, że trenowanie na wynik a bieganie dla czystej przyjemności to jednak dwie różne sprawy. Chociaż więc odrzucenie zegarka kusi, to nie ma przed nim ucieczki.
Ostatnio parę startów było pechowych - u Oli spowodował to niekorzystny splot różnych okoliczności, tak treningowych, jak i pozatreningowych. Ogólnie jednak z jej zdrowiem i samopoczuciem wszystko jest OK. Zrobiła kilka bardzo mocnych treningów, na pewno jesienią będzie biegała na ulicy i mamy nadzieję na dobre starty.


Mam do Ciebie pytanie.
Nie męczą Cię czasami te cyferki? Ostatnio zacząłem biegać inaczej; bez zegarka, bez butów, po leśnych ścieżkach. Ale czad; żadnego planu; tylko wolność biegania.
Co myślisz?