Czas dziś na kolejny wpis bolesny dla działów marketingu firm obuwniczych. Jak wiadomo, wmawiają one ludziom, że buty do biegania należy wymieniać co kilkaset kilometrów. Powód: a bo to jakaś pianka się zbija, a to utrata jakichś tam właściwości. Generalnie wiadomo, o co chodzi: o to, żeby ludzie kupowali nowe buty kilka razy w roku, a nie raz na kilka lat. Bo kosztowne kampanie reklamowe trzeba jakoś sfinansować, podobnie jak wille i jachty właścicieli całego tego przybytku.
Nie mówię, że to źle, jeśli ktoś chce dorzucać się do limuzyn bogaczy, jego sprawa. Ja się kieruję nieco inną filozofią. Biegam po twardym, po miękkim, jak wypadnie, butów nie zmieniam, dopóki się kompletnie nie rozpadną. Kontuzje dopadały mnie głównie po modelach z tzw. wyższej półki, czyli drogich butach napakowanych różnym badziewiem, noszącym szumną nazwę "systemów".
Dzisiaj chciałbym przedstawić tekst, będący requiem dla butów marki Woolf, w których biegałem 3-4 lata. To tania marka, a buty były startowe, pozbawione jakiegokolwiek wsparcia, amortyzacji i tym podobnych dziwnych wymysłów. Proszę wybaczyć, że mój test jest brutalnym bieganiem aż do kompletnego wyniszczenia. Jeśli ktoś chce marketingowej laurki, pisanej pod dyktando firm obuwniczych, po przebiegnięciu w butach kilku kilometrów, albo i wcale - niech się uda na komercyjny portal. U mnie jest brutalnie i bez znieczulenia.
Krótko przed wyrzuceniem buty wyglądały tak:

To całkiem dobry wygląd i teoretycznie mógłbym w nich jeszcze biegać. Poszły do kosza z dwóch powodów: raz, że podeszwa była już mocno starta i odczuwałem w nich każdy kamień (w Szklarskiej na rozbieganiach czasami straszyłem towarzystwo, wydzierając się znienacka i wyskakując nagle w górę, gdy kamień wbijał się w me delikatne podeszwy), dwa, że w kolejce do wykończenia czeka kilka innych par, a miejsca w szafie brak.
Niech Was nie zmylą te podarte fragmenty w okolicach zapiętka. To pozostałości po operacji usunięcia usztywnienia w tym bucie, którą przeprowadziłem parę lat temu. Gdyby nie to, jedynym problemem z wierzchu byłyby te rozdarcia w połowie śródstopia. Przyjrzyjmy się zresztą cholewce z bliska:

Z tej strony jest znośnie. Tu zresztą szybka dygresja: zauważyłem, że siateczka najbardziej ulega uszkodzeniu, gdy zostaje zmoczona. Wiele nawet drogich butów to buble, które rozdzierają się po kilku treningach, wystarczy przebiec po mokrej trawie, w deszczu czy po błocie. Buciki z tych zdjęć były eksploatowane w najbardziej ekstremalnych warunkach, zimą, wiosną i latem, po miękkim, po twardym, błocie, kamieniach i co tylko przyjdzie Wam na myśl. Oto gorsza, wewnętrzna strona cholewki:

To wygląda już nieco gorzej, prawda? Ale trzymało się jeszcze znośnie.
Ponieważ te buty były z definicji startowymi, z początku biegałem w nich po asfalcie. Przyznam, że nie byłem nastawiony zbyt optymistycznie: po kilkudziesięciu kilometrach na asfalcie podeszwa mocno się starła. Wystarczyło kilka ulicznych startów. Wtedy doszedłem do wniosku, że szybko je dobiję i wyrzucę. Ale to szybko przeciągnęło się na kilka lat.
A teraz rzut oka na podeszwę:

I to jest destrukcja, prawda?! Niektórzy byli zszokowani, widząc takie buty na moich nogach. Ale to tylko niektórzy, ci bardziej wyrobieni sprzętowo. Nawet na poziomie polskiej biegowej czołówki spotykam bowiem nieco uboższych biegaczy, nie mających kontraktów sprzętowych, którzy również doprowadzają obuwie do takiego stanu. Są to często goście prezentujący wysoki poziom, w tym da się biegać.
Możemy się przyjrzeć z bliska ściemie nazywanej "mostkiem przetaczającym", który to element ma wspomagać ruch stopy. W jednym bucie jakoś to jeszcze wygląda:

Mostek jest oczywiście złamany, podeszwa starta - ale ogólne wrażenie pozytywne. Tu znowu dygresja: najlepiej biega mi się w butach pozbawionych tych plastikowych elementów, a jeśli takowe posiadają, to moc łapię wtedy, gdy owa cudowna część pęknie. W każdym bucie przychodzi to prędzej lub później. A oto drugi, mamy tutaj przepiękny przykład biegowej destrukcji. Zapewniam, że nie tłukłem ich młotkiem, nie wlokłem za samochodem, tylko biegałem, nawet bez wielkiego przytupu, dociskając sprzęt do podłoża moją skromną masą:

Dla tych, którzy nie dowierzają, zbliżenie. Tak, to jest słynny mostek wspomagający przetaczanie:

Najwyraźniej moje przetaczanie było zbyt intensywne ; )
No i jeszcze rzut okiem na startą podeszwę z przodu, nie można nawet rozpoznać za bardzo wzoru bieżnika:

Ogólnie oceniam te buciki pozytywnie. Pobiegałem, rozpadły się, wytrwały te 3-4 lata. Ciężko mi nawet oceniać, ile mogłem konkretnie w nich pobiec, ale na pewno było to kilka tysięcy kilometrów. Moja złota myśl na koniec jest taka: sprzęt nie biega. Biegają silne nogi i silna cała reszta. O wyniku oraz zdrowiu decyduje trening, pot przelany w czasie biegania, a nie to, jak często zmienia się buty i w jakim modelu się biega.
Za kilka lat kolejny test, większej częstotliwości destrukcji nie jestem w stanie utrzymać ; ) A mówiąc bardziej serio, to mam na wylocie jeszcze ze dwie pary, jedną prawdopodobnie dokończę w ciągu najbliższych tygodni, to buty, które były już dwukrotnie łatane.
Oceń
Komentarze
Najlepiej politykę cenową koncernów widać w tzw. butach naturalnych. Odchudzone i faktycznie bardziej minimalistyczne, tylko cena wyższa niż modeli "bogatszych". Choć rozumiem też potrzebę zapewnienia sobie produktów droższych, radości biegania w butach luksusowych. Aczkolwiek jak dal mnie efekt czysto psychologiczny. Z tanich butów też można czerpać radość i przeliczać, ile to się zaoszczędziło i ile koncern na mnie nie zarobi.
Pozdrawiam
Klaus1973
Mój ogólny pogląd na sprawę jest taki, że jeśli nie zadba się o ogólną równowagę w treningu, sprawność, rozciąganie, odpoczynek, to żadne buty nie pomogą. A jeśli wszystko ma ręce i nogi, to można biegać skutecznie i szybko nawet boso.
jako 38 letni facet również biegam w Eliofeetach ;-) ... oraz w najtańszych Kallenji za 49 zł o spiłowanej prawie do końca podeszwie, latam w nich i po asfalcie i po tartanie (np. dziś 10x200m) a także używam do lasu gdzie jest stabilna ścieżka, ostatnio w nich dychę na zawodach poleciałem a za 2 tygodnie będzie połówka, tak jak pisze Marcin podstawą jest rozciąganie i ćwiczenia stabilizacyjne, wtedy nie trzeba mieć Kayano po 549zł z milionem systemów, które są...nikomu niepotrzebne
A może obijam się na treningach stąd brak kontuzji? ;-) Wolę jednak dbać o buty a kolejnym mitem są buty po 500 zł bo są po tyle gdy wchodzą na rynek...potem można je kupić na połowę ceny. A te naszpikowane systemy chronią nas o czym chociażby świadczą przykłady ludzi mających 100 000km w nogach bez narzekania na kontuzje i dbających całe życie o nowe buty. Radzę też porównać stare buty i założenie nowych...praktycznie po 20 km nogi są cały czas wypoczęte dzięki chociażby amortyzacji ;) W końcu te krytykowane systemy rozpraszają wstrząsy i chronią nasze stawy. W takich starych laczkach jeszcze 30 lat to chyba się nie pobiega niszcząc tak stawy.
Dodam, że biegam po wszystkich możliwych terenach. Ostatnią zimę w całości przebiegałem po asfalcie, w butach z zerową amortyzacją. Jedyne, co mi dokucza w tym roku, to bóle achillesa i czasami dwugłowca. Oba związane z treningiem szybkościowym na bieżni i w kolcach. Gdy biegam w butach po asfalcie, nie mam żadnych problemów. Źle więc nie jest ; )
Kara GOUCHER dubla dostała, Kenia rulez w maratonie damskim
1. Edna Ngeringwony KIPLAGAT KEN 79 2:28:43
2. Prisca JEPTOO KEN 84 2:29:00
3. Sharon Jemutai CHEROP KEN 84 2:29:14
