Krótki wpis, z kronikarskiego obowiązku.
Jutro i pojutrze razem z Olą biegamy w Szwecji: w Goeteborgu i
Hasslehoelm. Najpierw w sobotę ja 800m, Ola 5000m, potem w niedzielę
oboje 1500m. Relację z wyjazdu zamieszczę po powrocie, ale już teraz
mogę powiedzieć, że jest super. Po takim wyjeździe można tylko płakać,
gdy na co dzień trzeba startować w polskich mityngach, gdzie zawodnik
traktowany jest jak zbędny element przedstawienia.
Jeśli ktoś ma dostęp do szwedzkiej telewizji, to transmisja z Goeteborga na pewno będzie ; ) Obsada 800m jest mistrzowska, są nawet biegacze z poziomu 1:43. Ja jednak startuję w drugiej, słabszej serii, która powinna być dla mnie idealna. Wczoraj było deszczowo, dzisiaj słonecznie i wietrznie. Biegamy na kameralnym stadioniku, który organizatorzy ozdobili flagami państw, z których zawodnicy startują w mityngu. Z Polski jesteśmy tylko my dwoje i jakiś skoczek, a mimo to przy samym wejściu łopocze wielka biało-czerwona flaga.
Ostatnie moje treningi były
najszybsze w tym roku. Nadal jednak brakuje trochę do formy z
najlepszych czasów. W tygodniu startu na 800m zwykle robię prosty i
tradycyjny trening tempowy, 4-5x200m. W najlepszych czasach ostatnią
potrafiłem pobiec w 24,1 sekundy. Tym razem było tylko 25,43. Mimo
wszystko liczę na udany występ.
Trzymajcie kciuki!
Oceń
Mapa
Komentarze
Natomiast katastrofą okazało się dzisiejsze 1500m. Co prawda było bardzo wietrzenie i wszyscy Polacy pobiegli cienko, ale i tak było fatalnie. Po 800m dosłownie mnie ścięło, nogi miałem ciężkie. Wydaje mi się, że zabija mnie jeszcze kwas, nie mogę się wciąż przyzwyczaić do biegu na takim zmęczeniu. Z jednym biegiem jest już lepiej, ale dwa dzień po dniu to na razie za dużo. Pobiegłem 3.54,27, jeszcze 1000m było w ok. 2:33, ale na ostatnim kółku ledwo przebierałem nogami.
