Po ostatnich zawodch w Lidzbarku, ale też i w ogólnym kontekście, przyszło mi do głowy trochę luźnych myśli. Wrzcuam je więc na bloga, jako rodzaj felietonu.
Zacznijmy od biegu Oli na mistrzostwach na 10 000m. Zdobyła trzecie srebro z rzędu na tym dystansie, a po biegu zastanawialiśmy się oboje, czy byłaby w stanie pobiec szybciej i czy wytrzymałaby gwałtowne szarpnięcie tempa, gdyby chciała gonić uciekającą Iwonę. I tu pojawia się pewien problem. Otóż po tylu medalach Ola wydaje się niesłychanie doświadczoną zawodniczka biegów długich, znająca dobrze swój organizm i wyzwania biegu na 10km. Tymczasem te mistrzostwa były jej... trzecim biegiem w życiu na dystansie 10 000m na bieżni! Trzy biegi, trzy medale, trzy życiówki.
Ten zaskakujący fakt pokazuje, z jak wielu względów bieganie w Polsce długich biegów jest trudne. Zawodniczka taka jak Ola nie ma gdzie się sprawdzić, nie ma gdzie pobiec tych długich biegów choćby w celu nabrania doświadczenia. W sezonie jest ten jeden, jedyny start na tym dystansie na bieżni, a na docelowej, najważniejszej imprezie ryzykuje się znacznie trudniej. W tym roku Ola podjęła ryzyko w biegu przełajowym, pobiegła w piekielnie mocnym tempie - i zapłaciła za to utratą medalu. Tymczasem taka strata to dla polskiego zawodnika czasami dramat: oznacza brak stypendium sportowego, czasami utratę zainteresowania wspierających podmiotów. Rozliczanie z wyników odbywa się w ten sposób, że jeśli w jednym roku sportowiec wygra wszystko, co jest do wygrania, ale rok później z powodu np. problemów zdrowotnych opuści mistrzostwa Polski, nagle traci wszelkie wsparcie.
Dobrze ten paradoks pokazał na mistrzostwach przypadek Artura Kozłowkiego. To jeden z najlepszych polskich długodystansowców, medali mistrzostw Polski ma pęczek. W zeszłym roku miał problemy zdrowotne i opuścił mistrzostwa. I co się okazuje w tym roku? Otóż działacze postanowili skasować go na 50zł dodatkowej opłaty za... brak minimum dopuszczeniowego do mistrzostw Polski. Minimum jest bowiem ważne tylko rok, a na 10 000m w sezonie jest jeden, jedyny start. Opuścisz go - nie ma minimum. Ten drobiazg dobrze pokazuje trudności piętrzące się przed zawodnikami. Dopóki wszystko gra, to wszystko gra, ale jak się wali - to również wszystko.
Ja z Olą realizuję pewne wieloletnie założenia treningowe, pewien długodystansowy plan. Na razie idzie to bardzo dobrze. Progres jest regularny. Chociaż wiele zawodniczek poprawia się czasami szybciej, skokami, równie wiele nagle znika ze sceny, nękane kontuzjami czy stagnacją wynikową. Ola gdy wchodzi na jakiś poziom, to już na nim zostaje. Nawet gdy w zeszłym roku pojawiły się problemy z mięśniami, potrafiła robić życiówki lub biegać na poziomie poprzednich. W treningu wykorzystuję najlepsze doświadczenia różnych szkół biegowych, nie ma tu miejsca na wypalenie czy przetrenowanie. Cały czas jednak jest jakiś niedosyt, wciąż wydaje się, że można było szybciej, lepiej. Nie wolno zapominać, że dojrzewanie do wyników to nie tylko rozwój fizyczny, ale psychiczny. Pewne prędkości muszą przestać szokować, biegacz nie może bać się tego, że biegnie mocno, może zbyt mocno. To jest szczególnie ważne w biegach długich, tutaj przyspieszenie we wstępnej fazie biegu może oznaczać kryzys, który pojawi się dopiero kilka kilometrów dalej. I tak wracamy do doświadczenia i poznania własnego organizmu.
Są oczywiście biegi uliczne i można powiedzieć, że Ola ma doświadczenie w tym rodzaju wyścigu. To jest i tak, i nie. Wykorzystujemy ulicę, choćby dlatego, że nie ma innej możliwości startu na długim dystansie. To jest jednak bieganie mocno różniące się od bieżni. Na bieżni w kolcach technika jest inna, inny krok biegania, sposób odbicia. Co więcej, inna jest taktyka: biegnie się szeroko, w zmiennym, nowym otoczeniu. Ten, kto nie startuje na bieżni, nie potrafi zrozumieć, jak destrukcyjny wpływ na wynik ma kręcenie ciągłych, monotonnych kółek. Prowadzenie biegu na ulicy jest łatwe, natomiast bieg na czele stawki na bieżni to duży stres, duża trudność. Na bieżni są dokładne międzyczasy, jest wąsko, a jeśli wieje, to co chwila biegnie się pod wiatr, więc wysiłek jest zmienny, rwany. Kolejne kółka powodują psychiczne znużenie, a kiedy w takim momencie zza pleców wyskoczy rywalka, zmieniając gwałtownie rytm biegu, bardzo trudno jest odpowiedzieć. Ulica jest więc przydatna jako powiększanie doświadczenia, ale nie jest ostatecznym rozwiązaniem.
Przykład
Oli pokazuje, jak ważna w treningu jest długofalowa strategia. Kiedy
zaczynaliśmy 3-4 lata temu bieganie długich dystansów, miałem już wtedy
wizję tego, jakie treningi Ola będzie robić w kolejnych latach.
Drobiazgi się zmieniały, testowaliśmy różne rozwiązania, ale ogólna
ścieżka jest cały czas ta sama. Kilka lat temu Ola, biegnąc na zawodach
3000m w 10:01, nie bardzo wierzyła, gdy zapewniałem ją, że wkrótce takie
odcinki będzie bez specjalnego wysiłku biegać na treningu kilka razy.
Ten progres i tak jest wolniejszy niż bym chciał, ale mimo wszystko
porównanie treningów rok po roku, porównanie tętna, pomiarów kwasu
mlekowego - naprawdę robi to wrażenie.

Ola podczas biegu w Lidzbarku, biegnie za siostrą Anią
6 lat temu Ola, jeszcze jako zawodniczka średniodystansowa, trenująca u innego trenera, biegła na treningu 2x4km w tempie ok. 3:50/km - i był to dla niej wysiłek niemal maksymalny. Zrobiła to z trudem, na bardzo wysokim poziomie kwasu, niemal umierając z wysiłku. Kiedy zaczynaliśmy trening, wszelkie pomiary pokazywały, że jej ogólna tlenowa wytrzymałość jest na bardzo słabym poziomie. To jest ta cecha, której trening trwa bardzo długo. W tej chwili robimy treningi, gdzie 4km w tempie ok. 3:50/km jest rodzajem odpoczynku pomiędzy mocniejszymi przyspieszeniami. Różnica jest tu gigantyczna. Równocześnie cały czas dbałem, i jest to elementem planu, aby Ola nie straciła surowej szybkości, dynamiki, przyspieszenia. Założyłem, że w przyszłości to będzie element, dzięki któremu będzie wygrywała biegi. Tak już jest, a będzie to widoczne tym lepiej, im bardziej będzie rosła jej wytrzymałość. W Polsce właściwie nie ma dziewczyny, która jest w stanie na końcówce długodystansowego biegu pobiec ostatnie 200m poniżej 30 sekund. Z Olą dążymy do tego, żeby tak było.
Progres jest, organizm cały czas się zmienia, a my robimy swoje, nie oglądając się za bardzo na innych. Co z tego wyniknie? Zobaczymy. Wspiera nas klub Agros, miasto Zamość, Kalenji zapewnia Oli sprzęt - i idziemy do przodu. Treningowo według mnie Ola już w tej chwili jest przygotowana na szybszą dyszkę, ale do kolejnego startu na tym dystansie na bieżni trzeba czekać... rok. Pozostaje więc ulica. Na razie jednak zaczyna się sezon biegów na bieżni, jeśli będzie okazja, Ola spróbuje zaatakować swoje życiówki na wszystkich krótszych dystansach.
Jeśli chodzi o mnie, nastawiam się na najbliższe tygodnie na łagodny, tlenowy trening oraz mocne akcenty w postaci treningowych startów. Jeśli będzie okazja, pobiegnę nawet dwa, trzy dystanse jednego dnia. W treningu nie potrafię sięgnąć tak głęboko, jak podczas zawodów. Ostatni start pokazał zaś, że odzwyczaiłem się nieco od średniodystansowego bólu. Uwierzcie, chociaż w Lidzbarku pobiegłem wolno, cierpiałem po biegu strasznie. Myślę, że główny w tym udział pogody, to straszne zimno wyziębiło mięśnie i było brutalne dla układu oddechowego. Dało mi to jednak do myślenia. W biegach krótszych wygrywa ten, kto na finiszu, mimo potężnego bólu i protestów wszystkich układów organizmie jest w stanie rzucić na szalę ostatnie rezerwy i przyspieszyć. Tę zdolność kiedyś posiadałem, teraz zaś organizm mocno protestuje. Dlatego potrzebuję krótkich, brutalnych startów, różnych sposobów rozgrywania biegów, odświeżenia starych doświadczeń
Kiedy myślę o ostatnim starcie, aż ciężko mi uwierzyć, jak kiepsko taktycznie pobiegłem. Wystartowałem niby mocno, ale zbyt wolno, aby znaleźć się na czele, zostałem zamknięty w środku, kiedy było zwolnienie. O ile pierwsze 150m było szybkie, tak na następnych 150m nastąpiło monstrualne zwolnienie, tam uciekły 2-3 sekundy. A ja nic nie mogłem zrobić, musiałem wygrzebać się spomiędzy otaczających mnie zawodników, niemal się zatrzymując - i ruszyć prawie od zera. W biegach długich takie zmiany tempa, szarpanie, raczej nie występują, za bardzo przyzwyczaiłem się do równych biegów i lekko narastającego dyskomfortu.
Wkrótce więc kolejne doniesienia, a od czasu do czasu - nieco przemyśleń związanych z treningiem "od kuchni".
Oceń
Zobacz także
Komentarze
A serio - to nie są skarpety kompresyjne, tylko nagolenniki. Działają na tej samej zasadzie co rękawki, czyli dają ciepło. Kosztują ok. 30zł i czasami się przydają ; ) W zimny dzień można założyć krótkie getry + nagolenniki i nogi są chronione przed zimnem, a równocześnie staw kolanowy nie jest blokowany.


lh3.googleusercontent.com/_m0uTlhtG7E0/TcV61SW48kI/AAAAAAAABBQ/7QfcH18pwnY/s912/DSC_0050.JPG
lh5.googleusercontent.com/_m0uTlhtG7E0/TcV7L_F4kBI/AAAAAAAABBU/j-cQGMdbGig/s1024/DSC_0049.JPG
Pzdr..jumper