Oli bieg był rozprowadzony przez aktualną rekordzistkę Polski na 10 000m, Dorotę Grucę. Prowadziła ona w równym tempie w okolicach 3:10/km. Ola, trzymając się za Dorotą, 2000m przebiegła w równo 6:24. Zaatakowała 450m przed metą, wyprzedziła Dorotę, ostatnie 400m miała w 1:08, w tym ostatnie 200m w 32s, a cały ostatni kilometr w 3:00. Były to bardzo dobre prędkości, szczególnie biorąc pod uwagę, że Ola w treningu nie miała kontaktu z tego typu obrotami, poza przebieżkami, rzecz jasna. Trening nastawiony jest już pod uliczne starty jesienią, na dystansach bliższych półmaratonowi niż 3000m. Spodziewałem się więc dobrego startu, ale że skończy się życiówką? To nawet mnie zaskoczyło.
Mój bieg wyglądał zupełnie inaczej. 800m to kosmiczne prędkości, biorąc pod uwagę to, co biegałem ostatnio (np. 30km rozbiegania tydzień przed tym biegiem). Biegło nas sześciu w mocniejszym biegu i wszyscy wystrzelili na starcie jak szaleni. Przez 600m próbowałem ich dogonić, mając momentami stratę kilkunastu metrów. Biegłem jednak równo jak w zegarku, może drugie okrążenie minimalnie szybciej. Na 200m przed metą złapałem kontakt z grupą, wpadliśmy na linię wszyscy blisko siebie, ja na 5 miejscu. Czas najlepszy w tym roku, właściwie najlepszy od 1,5 roku, ale jest lekki niedosyt, bardziej zadowolony byłbym, gdybym złamał 1:52. Ale mimo wszystko jest nieźle, biegliśmy w sporym wietrze, a czas i samopoczucie wyraźnie lepsze, idzie ku dobremu. Godzinę później machnąłem sztafetę - 51,60 na drugiej zmianie, która jest wyraźnie dłuższa niż 400m (strefa zmian jest przesunięta). Próbowałem z filmu wideo wyłapać "rzeczywiste", dokładne 400m - i wychodzi to mniej więcej w 50,0 (ale z lotnego startu). Nie spodziewałem się u siebie jeszcze takich pokładów szybkości. ALe nie jest tak, że w treningu szybkość zaniedbuję. Nie, nie trenuję po prostu mocy beztlenowej, czyli pracy w warunkach bardzo wysokiego poziomu kwasu mlekowego. Same obroty co najmniej raz w tygodniu włączam do treningu w postaci np. sprintów pod górkę.
Treningi mimo wszystko pokazują, że jest jeszcze sporo do nadrobienia. Kryzys ograbił mnie z 1,5 miesiąca treningu, zaległości są widoczne. Kilka dni temu bieglem 6km biegu ciągłego na samopoczucie, w tempie 3:21/km. I prędkość, i samopoczucie nie były powalające, właściwie bardzo słabe. 4 dni przed startem zrobiłem jeden trening przygotowujący do biegu na 800m. Mój plan był prosty - robię wyłom w przygotowaniu wytrzymałościowym, wrzucam w to jeden szokujący organizm bodziec, który powinien sprawić (biorąc pod uwagę moje wieloletnie starty na 800m), że organizm przypomni sobie na chwilę ten rodzaj wysiłku. Pobiegłem więc 400m-300m-200m mocno. Właściwie, biorąc pod uwagę samopoczucie, było to zabójczo mocno, kończyłem z językiem na wierzchu. Prędkości: 55,65-41,30-26,06.
Dla porównania, dokładnie taki sam cykl, obejmujący rozbieganie 30km, bieg ciągły na 6km oraz 400-300-200, robiłem dwa lata temu. Wtedy byłem na tym etapie treningu wyraźnie mocniejszy, 6km pobiegłem w tempie 3:17/km, a trening w kolcach w 53-40-25 sekund. Ale różnica była i w wynikach: samotne 2:24 na 1km oraz na lidze 1:50 na 800m. W tym roku nie oparłem się pokusie powtórzenia tego cyklu, właśnie dlatego, że dało mi to możliwość przynajmniej powierzchownego porównania obecnej i byłej dyspozycji.
Jest więc dobrze, szczególnie u Oli. Dzięki temu, że kontuzja ustąpiła (oczywiście nie sama, tylko w wyniku katorżniczej pracy), Ola miała okazję pokazania, że jej forma jest cały czas bardzo wysoka. To jej drugi rekord życiowy w tym roku, po poprawieniu tego na 10 000m. Do pobicia pozostaje teraz życiówka w półmaratonie. Spodziewam sie, że Ola byłaby teraz w stanie mocno poprawić najlepszy czas na 5000m, ale nie ma już takiego biegu w tym roku, poza tym koliduje to z naszymi planami. Już start ligowy był wyłomem w porządnym bloku treningowym i martwię się, czy nie zaburzy to naszych przygotowań do jesieni.
W każdym razie jest nieźle i z tego się cieszę.
Przed chwila obejrzałem wyniki półmaratonu w Pile. Z jednej strony były takie miłe niespodzianki jak znakomity wynik Agnieszki Gortel - 1:12:52, to jest już co najmniej europejski wynik! - a z drugiej ogólny poziom był niski, u mężczyzn 1:11:47 wystarczyło do miejsca w pierwszej dziesiątce. Tak źle w Pile chyba jeszcze nie było. Pechowy Michał Smalec do 4 miejsca mistrzostw Polski na 5000m dołożył 4 miejsce w półmaratonie.
Oceń
Zobacz także
Komentarze
zrobiła kosmiczny wynik w Pile, przypomnę tylko, że 2 lata temu (jeśli się nie mylę) była amatorką, nie wiem czy jeszcze godzi pracę zawodową z treningiem ale jeszcze niedawno wstawała o 5 rano aby iść trenować i potem zając się dzieckiem, wg mnie ma fenomenalny organizm, widziałem jej pracujące mięśnie w Pile, full zawodowstwo
życzę jej powodzenia w Berlinie
