Ja - nie ukończyłem biegu na 5000m i zająłem łącznie 10 miejsce na 1500m z czasem 3:50,83. Wygrałem jednak swoją serię.
I w związku z biegiem na 1500m, moją mocniejszą konkurencją, mam wielkie pretensje do bardzo profesjonalnego, niekierującego się żadnym prywatnym interesem Polskiego Związku Lekkiej Atletyki.
Krótki rys sytuacyjny: na czym polegają mistrzostwa Polski od strony technicznej? Otóż w każdej konkurencji zbierają się najlepsi w Polsce, którzy rywalizują między sobą o medale. Aby znaleźć się w gronie najlepszych, należy zdobyć minimum wynikowe, uprawniające do startu w MP. Potem już tylko przyjeżdża się na miejsce - i najlepszy wygrywa. Otóż jest to teoria, którą PZLA bardzo umiejętnie umie obalić w praktyce.
Posłuchajcie, jak wyglądała taka sprawiedliwa rywalizacja na dystansie 1500m. Zgłosiło się 16 zawodników z minimami. Do tego 12 bez minimów. PZLA postanowiło umożliwić start wszystkim. Szybkie pytanie - po co ustanawiać jakiekolwiek minima, skoro się ich nie egzekwuje? Otóż po to: opłata startowa dla tych bez jest dużo wyższa niż dla tych z. Na 1500m dopuszczono do biegu m.in. 45-letniego biegacza, któremu do minimum brakowało kilkunastu sekund! Ale OK, nie wnikam w sens takich decyzji, pewnie działacze PZLA dzięki swoim nadzwyczajnym kompetencjom mają jakiś tajny plan uzdrowienia żałosnego poziomu polskich biegów. Jednak dopuszczenie takiej ilości osób miało swoje konsekwencje - wszyscy nie mogli się zmieścić na raz na bieżni.
Co się robi w takim wypadku na imprezie mistrzowskiej? Otóż przeprowadza się eliminacje: zawodnicy ścigają się o to, kto z nich ma prawo biec w finale. Jest to normalna praktyka., najlepsi awansują, słabsi odpadają. Niestety, nie dla PZLA. Ponieważ niektórzy biedni biegacze, mający trenerów kadry za opiekunów, mogliby się zmęczyć eliminacjami, przed czym należy biedaków chronić, bo są wątli, PZLA wymyśliło sposób nowatorski: przeprowadziło dwa biegi jednego dnia, w randze finału. Rozwiązanie bardzo niesalomonowe: w jednym biegu zgromadzono tych "lepszych", dostarczono im pacemakera i pozwolono biegać w drugiej kolejności, kiedy bedą już wiedzieli, jaki czas pozwoli na zdobycie medalu. Drugich zgromadzono w biegu bez "zająca", w słabszej obsadzie, niech se biegną chłopaki jak chcą.
Miałem tego pecha, że znalazłem sie w biegu słabszym, który bez problemów wygrałem. Co z tego jednak, skoro w biegu dla "słusznych" poprowadzeni przez pacemakera biegacze pobiegli szybciej? Co gorsza, w biegu lepszym znaleźli się zawodnicy, którzy w ogóle nie mieli minimum na MP, czyli teoretycznie nie powinni w ogóle być dopuszczeni! do startu! Tymczasem zamiast tego już na starcie otrzymali sporą przewagę. Jednym z nich był pacemaker - do minimum zabrakło mu 20 (!) sekund, ale mimo tego nagięto reguły fair play, żeby komuś zapewnić przewagę.
Czyli jest to tak: przyjeżdżam na MP, na które szykuję się cały rok, z wymaganym minimum, a na miejscu dowiaduję się, że nie dostanę szansy ścigania się z najlepszymi. Owszem, mogę się przebiec i gdybym przypadkiem sam uzyskał jakiś dobry wynik, będzie on uwzględniony. Na szczęście prawdopodobieństwo tego jest w biegach małe, bo przewaga biegu z "pacemakerem" nad takim bez jest bardzo duża. To tak, jak gdyby puścic jednych z górki, drugich pod górkę i stwierdzić, że ten, który uzyska lepszy czas, wygrywa. Trenerzy kadry mogli więc spać spokojnie, wiedząc, że niespodzianek nie będzie.
Przyjechałem na MP z minimum, inni zaś przyjechali bez i dostali szanse ścigania się. w komfortowych warunkach, z zającem, w szybszym biegu. Wygrany słabszy bieg wystarczył mi do 10 miejsca. Tymczasem bieg szybszy dawał mi szansę na dużo wyższe miejsce i na atakowanie swojej życiówki. Żeby nie być gołosłownym - rok temu chyba omyłkowo pozwolono mi ścigać się z najlepszymi - i zająłem 5 miejsce. W tym roku do 5 miejsca zabrakło mi 2 sekund - to tyle co nic w biegu z zającem. Przyjeżdżając na zawody, byłem spokojny, bo ze swojej strony wypełniłem wszystkie wymagania określone przez PZLA. Ale cóż, okazało się, że to za mało.
Usiłowałem dowiedzieć się, co za geniusz wymyślił coś tak głupiego i chamsko niesprawiedliwego. Nie dało się, okazuje się, bowiem, że decyzję "podjęli trenerzy". Poza zwykłą niesprawiedliwością jest to dla mnie strata np. tego rodzaju, że za miejsce w pierwszej piątce mogę ubiegać się o stypendium sportowe. Za miejsce 10 już nie. Co ciekawe, bieg na 1500m byl jedynym, w którym zastosowano tak nowatorskie i mądre rozwiązanie. We wszystkich innyc albo był jeden finał, albo eliminacje.
Nie tylko więc nie mam szans pobiec dobrego wyniku na żadnym mitingu. W tej chwili nie mogę tego zrobić nawet na mistrzostwach Polski, które w założeniu miały być sprawiedliwe. Tak wyglądaja polskie biegi pod rządami Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. I potem dziwimy się, że nasi biegacze odpadają w eliminacjach wszelkich imprez, jeśli w ogóle są w stanie zrobić na nie minimum. Zapewnia się im cieplarniane warunki, pacemakerów, brak eliminacji, i uczciwej rywalizacji, chucha i dmucha - a i tak nie biegają. Z ciekawostek - w biegach średnich i długich jak zwykle PZLA praktykuję swoją ulubioną zasadę: dla wszystkich termin uzyskiwania minimów na Mistrzostwa Europy już się skończył. Jeśli ja za tydzień pobiegłbym to minimum, i tak tam bym nie pojechał. Ale zasady nie są równe - jak zwykle znalazła sie uprzywilejowana grupa osób, które pojadą bez minimum lub uzyskali przedłużenie terminu jego wykonania. Tak wygląda sprawiedliwość w wykonaniu PZLA.
Co do wrażeń innego rodzaju: mimo ogólnej wściekłości, jestem umiarkowanie zadowolony z tego, że noga Oli wytrzymała obciążenia, a moje samopoczucie zaczęło się poprawiać. 5000m nie ukończyłem, czułem się bardzo marnie. Żałuję, bo bieg był dla mnie idealny: spokojny początek, szybki koniec. Ale już następnego dnia poczułem, że tygodnie odpoczynku zaczęły w końcu działać, biegło mi się odrobinę lepiej. Te drobne jaskółki lepszego samopoczucia pojawiały się nieśmiało już wcześniej. Na wszelki wypadek zrobiłem bardzo symboliczny rozruch i następnego dnia było jeszcze lepiej. Przed biegiem na 1500m, kiedy robiłem luźne przebieżki, włączyłem stoper i już wiedziałem, że jest nieźle. Biegłem szybko i luźno. Co z tego jednak, skoro dobrego samopoczucia nie mogłem wykorzystać? Swój bieg wygrałem, ale niczego mi to nie dało.
Ola popełniła błąd taktyczny na 5000m - puściła czołówkę, którą pod koniec ponownie doganiała. Szanse wykorzystała jej siostra Ania - nie puściła, przytrzymała, pod koniec zaatakowała, zrobiła bardzo dobrą życiówkę i srebrny medal. Ola teraz żałuje, że nie była na jej miejscu, ale oczywiście wyniku nie jest to w stanie zmienić. Z kolei na 1500m pobiegła taktycznie bardzo dobrze - ale zabrakło jej sił na finiszu. Braki treningowe oraz pewne usztywnienie spowodowane podświadomym oszczedzaniem nogi dały znać o sobie na ostatnich 400m. Najlepszy wynik w sezonie padł (u mnie zresztą też), ale do życiówki daleko.
Co dalej? Przyznam, że do startów w MP jestem mocno zniechęcony. Jest to o tyle pechowe, że bardziej lubie i lepiej czuje się w biegach średnich niż długich. Polityka PZLA zmusza mnie jednak do szukania swojej szansy w biegach ulicznych. Tutaj mogę zawsze ścigać się z najlepszymi. Niestety, na ulicy w długich biegach mój dystans do nich jest jak na razie bardzo duży.
Zastanawiam się nad startami jesiennymi. W najbliższym czasie relaks, bardzo łagodny trening - jest taki upał, że i tak trudno zrobic coś poważniejszego. Mam zamiar jednak startować - za kilka dni w biegu ulicznym na milę w Sopocie, potem może na bieżni. Pod koniec lipca zaczynam przygotowania do startów jesiennych. Brak mi jednak pomysłu na to, gdzie konkretnie wystartuję, a po tych mistrzostwach również motywacji do tego. Ile bym nie wylał potu na treningu, zawsze znajdzie się jakiś działacz PZLA, który cały mój wysiłek obróci w niwecz jedną kretyńską decyzją. W biegach ulicznych jestem na razie wciąż za słaby, w biegach na bieżni z innych powodów nie mogę biegać z najlepszymi. Nie jest to sytuacja zachęcająca do jakiegokolwiek ścigania się. Ale cóż, działamy nadal.
Sytuacja Oli jest o tyle optymistyczna, że stan jej nogi cały czas lekko poprawia się. Wkłada w to masę pracy, ale jest lepiej i lepiej. Być może start w półmaratonie jesienią okaże się jak najbardziej realny. Trudno będzie jednak z mistrzostwami Polski w Pile - w ten sam weekend klub wymaga od nas startu na bieżni w lidze lekkoatletycznej.
Dzięki za całe wsparcie i kibicowanie. Szukamy formy dalej.
Oceń
Zobacz także
Komentarze
tak pomyślałem, że może powinieneś sprawozdanie z biegu na 1500 metrów o tytuł MP przesłać kilku dużym gazetom; zapwne znalazłaby się jedna, która chciałaby to opisać;
osobiście walczę ze swoim umysłem, co i jak zrobić, żeby było lepiej. tak jak często przychodzą myśłi, żeby to wszystko bojkotować, tak myślę, że trzeba być wytrwałym i robić swoje; wierzę, że hamstwo i kłamstwo nie ostoją się przed uczciwością, życzliwością i solidarnością. No właśnie, jak zebrać tych, którzy chcą dobrze?!
jednym ze sposobów, uważam, jest to co ty robisz: mówisz o tym głośno, a do tego działasz/trenujesz i uczysz innych. Kibicuję, żeby zawodnicy takich trenerów jak ty zdominowali bieżnie naszego kraju!
Nie znam sytuacji w różnych konkurencjach, ale podejrzewam, że w wielu jest tak samo źle jak w biegach średnich/długich. Niestety, ciężko tu cokolwiek zmienić. To pokolenie oszustów, kombinatorów musi po prostu wymrzeć - i ze trzy kolejne, żeby była jakaś poprawa.
Jest jednak pewna święta dziedzina, święta w każdym kraju. To mistrzostwa kraju - nigdzie nie spotkałem się z manipulacją w tych zawodach. Podajesz przykłady Niemiec czy Hiszpanii, tam sprawa jest jasna - są eliminacje, są rozstawienia wedle regulaminu, nie ma zająców, wszyscy maja równe prawa. Najlepsi swój status najlepszych muszą udowodnić w równej walce. Nikt tam też nie daje im taryfy ulgowej: nieznany zawodnik na starcie pierwszy wsadzi łokieć pod żebro mistrzowi olimpijskiemu. Dzięki temu oni nie pękają, kiedy muszą walczyć na poziomie międzynarodowym.
U nas zaś jest tak, że z jednej strony biegacze maja nieciekawą sytuację, z drugiej zaś - są chronieni w zupełnie absurdalnych okolicznościach. Dziwaczna polityka podczas tych naszych mistrzostw miała ułatwić zawodnikom z czołówki zrobienie minimum na ME. Efekt był taki, że nikt tego minimum nie zrobił, a w końcu jednego z nich i tak wysłano na ME bez tegoż minimum. Czyli wypaczono rywalizację w mistrzostwach, nagięto zasady nie raz, ale co najmniej kilkukrotnie.
Rozumiem, że podczas prywatnego mityngu organizator robi bieg, jaki mu się podoba. Ale mistrzostwa Polski to inna bajka. Teoretycznie piekarz z Poznania powinien mieć szansę startu i zwycięstwa, jeśli spełni wymagane przez PZLA warunki. Na tym polegają mistrzostwa.


W Polandii już tak jest. Są równi i równiejsi.
Cholera na czołówkę się dmucha i chucha a potem wracają "na tarczy" z podkulonymi ogonami. I wtedy się mówi, że "forma przyszła" za wcześnie albo za późno albo...
A najlepiej to potrzeba pojechać na kolejny obóz kondycyjny. Straszne bagno.
A ile trzeba było zapłacić za start z zającem??
Dexter