Wymyśliłem ostatnio, że do tej pory nie miałem nigdy jakiegoś dłuższego okresu naprawdę solidnego treningu. Zawsze coś wypadło, a to kontuzje (najczęściej drobne, ale upierdliwe, uniemożliwiające normalne bieganie), a to fatalna pogoda, a to jakieś inne życiowe zawirowania. A piszę o tym dlatego, że stuknął mi trzeci tydzień solidnego treningu w dobrym klimacie, w tym dwa tygodnie naprawdę mocno, z podwójnymi treningami. I owszem, jest zmęczenie, nogi bolą niemiłosiernie, ale poza tym czuję zalążki mocy. Jeśli przetrwam następne dwa miesiące, nie ma szans, żeby nie było dobrze.
Wczoraj z Olą wymłóciliśmy naprawdę długi trening - razem 26,5km, w tym 14km szybciej, BC2, 80-85% tętna. Było ciężko, ale nie tak ciężko jak się spodziewałem. Po części dlatego, że było urozmaicenie, na przemian kawałki szybsze i wolniejsze, były też przerwy na picie i batonika. A propos batonika - zacząłem zamiast dużej ilości słodyczy, np. ciastek, kupować i zjadać energetyczne węglowodanowo-białkowe batony. Tutaj są dwa razy tańsze niż w Polsce, wychodzi opłacalnie, do tego zdrowiej. No i mięśnie można podkarmić.
Wczorajszy trening to rodzaj bloku wytrzymałościowego, jaki czasami stosuję. Zależnie od pożądanego efektu oraz poziomu wyjściowego łączę w biegu różne prędkości, te treningi wspólne mają tylko to, że są bardzo długie. My w momentach szczytowych będziemy dobijać do 32-34km w tym roku. Tego nie można stosować zbyt często, bo uszkodzenia mięśni oraz naruszenie rezerw energetycznych są bardzo duże, ale efekt wytrzymałościowy znakomity. To jest element treningu maratońskiego, który świetnie sprawdza się jako trening wytrzymałościowy nawet dla średniodystansowców określonego typu. Dzisiaj po tym robimy dzień luźny, dwa spokojne rozbiegania połączone z akcentami szybkości i dynamiki, jutro zaś pierwszy tutaj interwał: 30x200m, na przerwie 20 sekund. Biegane wolno, ale nie tak całkiem wolno, to krótki odcinek.
Wczoraj robiłem też sesję fotograficzną podczas zachodu słońca, jej efekty poniżej. Prawdę mówiąc powalająco to nie wyszło, za późno się wygrzebaliśmy i mieliśmy 15 minut na dotarcie na miejsce i pstryknięcie fotek, nie zdążyłem więc dobrze popróbować i poustawiać aparatu. Robiłem Oli fotki w biegu i one prawie wszystkie wyszły marnie, nieostre, światło było już zbyt słabe. Statyczne trochę lepiej.
Mieliśmy kilka dni ochłodzenia, wymarzłem straszliwie, w nocy temperatura spadała poniżej zera, w dzień dociągała maksymalnie do +8, +10. Na szczęście już wszystko wraca do normy, przestało wiać, dziś na niebie ani chmurki, w tygodniu znowu ma być nawet pod 20 stopni. Rutyna treningowa trwa, wieczorami teraz już regularnie Kijek i jęki bólu, poza tym po treningach regularne, staranne rozciąganie, nawet 30 minut, gdy akurat nie marzniemy i głód nas nie goni.
Teraz zaś tradycyjna uczta dla oczu, czyli fotki w mini rozdzielczości. Na pierwszy rzut Ola, na początku przebieżki. Miejsce: Las Cruces, fotograf: MN, ciuchy: Kalenji, stylizacja: Ola ; )

Teraz zachód słońca nad pustynią:

No i kolej na mnie, spacerek w górach, kaktusy, węże i te sprawy:

A na koniec coś pięknego; widok na góry, jaki mamy po wyjściu z mieszkania. Codziennie przed zachodem słońca biegamy na nasypie na skraju miasta i możemy podziwiać to piękno. Gory nazywane są "organami", bo taki mają kształt niektóre z nich. Powietrze jest zwykle przejrzyste, a widok niewiarygodnie ostry:



Pozdro...