Kolejne dni w Las Cruces zaczęły mijać niesłychanie szybko. Wszystko przez trening: 5 razy w tygodniu dwa razy dziennie, dwa razy pojedyncze dłuższe treningi, a w wolnych chwilach niezbędne zakupy. Wychodzimy z domu praktycznie tylko na trening oraz po jedzenie. Wyjątkiem była niedziela, kiedy wyskoczyliśmy na samochodowy objazd okolicy. Stamtąd dwa dzisiejsze zdjęcia. Ale o tym za chwilę.
W treningu dzieją się rzeczy wielkie, a dokładniej: niewiele się dzieje. Wchodzimy powoli na objętościową górkę, w przyszłym tygodniu powinniśmy osiągnąć już okolice naszych maksymalnych planowanych przebiegów. Moje nogi są już tak zjechane, że powoli przestają boleć. W tym tygodniu wybiegam coś pod 160km. Biegałem i biegi ciągłe, i podbiegi, i robię dynamiczną siłę, i dużą ilość siły ogólnej. Ostatni łagodny bieg ciągły był w tempie 4:04/km - wyraźnie szybciej, łatwiej i przyjemniej niż te poprzednie. Do tego doszły długie podbiegi, których na razie nie mam zamiaru powtarzać. Generalnie - większość treningów to po prostu spokojne bieganie, ale zdarzają się urozmaicenia. Poza bólem nóg nie mam żadnych problemów. Bardzo starannie i w urozmaicony sposób się rozciągam, do tego mnóstwo ćwiczeń ogólnorozwojowych.
Od dwóch dni problemem jest pustynny wiatr. Podobno wieje tu często i mocno, tego wcześniej nie wiedzieliśmy. Przez to treningi musimy zaczynać wcześnie - jutro wychodzimy o 9 rano. Dziś popołudniu wiatr był taki, że omal nie zdmuchnęło mnie z nasypu, po którym biegamy.
Co do zdjęć - robiło się już ciemno, a ich format na blogu nie jest zbyt duży, więc niewiele na nich widać, przyznam bez bicia. Wybrałem jednak takie, które dają pojęcie o tym, jak wygląda to, co widzę każdego dnia. Pierwsze: zdjęcie ze szczytu szosy (swoja drogą: traumatyczna, 10-kilometrowa prosta prowadząca pod górkę, można wpaść w depresję, bo biegnie się, biegnie, a góry za nic nie chcą się przybliżać), widać niebo tuż po zachodzie słońca, wielkie niebo, a widoczność jest na kilkaset kilometrów.
Drugie zdjęcie: Ola na pustyni z sympatycznym kwiatkiem. Można zorientować się, jak wyglądają: Ola, sympatyczne kwiatki tutaj oraz sama pustynia. Jak pisałem, jest to piaskożwir pokryty skałami, krzaczkami, kaktusami, górami i grzechotnikami:


Oceń
Komentarze
Wadą jest to, że wiele biega się po asfalcie. Na pustyni jest bardzo ciężki teren, do tego pył, więc nie wchodzimy tam często. Popołudniami biegamy na wale przeciwpowodziowym (gdy zdarzają się silne deszcze wyżej w górach lub topnieje śnieg, idzie tędy nawała wody), bardzo fajne miejsce, pod warunkiem, że nie wieje. Do tego raz-dwa razy w tygodniu pustynia, reszta to ulice, stadion, ewentualnie boiska trawiaste na uniwersytecie. Dorota szykowała się tutaj przed wszystkimi swoimi najlepszymi biegami.
Prawdopodobnie jakiś reportaż z treningu tutaj oraz treningu wysokogórskiego w ogóle ukaże się w następnym lub jeszcze następnym numerze papierowego "Biegania". Umówiłem się z nimi na tekst, ale na razie wszystko jest w fazie pracy.
Pozdrawiam!
Dane z Mojego wczorajszego treningu: Rano godz. 8:00; Easy = 9km; temp: -21C; wilgotność powietrza 90%.
Prognoza pogody na jutrzejszy Long Run: -21C; wilgotność 100%.
Dodam: Las zasypany się nawet nie wejdzie (tzn. wejść można - trudniej wyjść); na szosie rozepchnięty śnieg, pod śniegiem lód.
Ale biegamy, biegamy, biegamy ... :)
ps. Ale wiatr = 1-4m/s i tu My w Polsce jesteśmy górą! :):):)
my tu nie jesteśmy miękkie fajki i biegamy, dziś mi prawie łapy odpadły mimo 2 par rękawiczek
za palmy robią nam świerki a za pustynny piasek śnieg, cała reszta jest już kwestią wyobrażni, no nie Jurek ? on ma prawie jak w tundrze w tym swoim pierwotnym lesie białowieskim


1. Jakiego rzędu temperatury i na jakiej wilgotności tam panują? rano - popołudnie - wieczór
2. Podbieg pod taką górkę (10km) to albo depresja albo hartowanie psychiki. Po takim treningu każdy podbieg na zawodach będzie wygladał już inaczej.
Pozdrawiam i powodzenia.
Jurek.