Coś mi się zdaje, że na moim blogu zacznie panować normalność - czyli wrócę do zwyczajowego narzekania. Bo tak: wszystko mnie znowu boli. Przez ostatnie kilka miesięcy bawiłem się treningiem, trenowałem łagodnie, do tego raz dziennie. Efektem był brak bólu, ale i wątpliwej jakości strzały wynikowe w rodzaju 1:10:55 w półmaratonie. Teraz postanowiłem wziąć się w garść, trening buchnął jak płomień i pochłonął mnie zupełnie. Efektem jest ból wszystkiego i ciągle.
Niedawno się chwaliłem, że podczas masażu Kijkiem nic mnie nie boli. Otóż koniec tego dobrego - teraz boli jak cholera. W momencie, gdy biega się więcej i ciężej, nie dość, że bolą mięśnie, nie dość, że jest ogólne uczucie zmęczenia i niechęci do czegokolwiek poza leżeniem plackiem, to dochodzą do tego drobne bóle, jakieś mikrourazy w różnych częściach ciała. A to pachwina szarpnie bólem, a to stopa poobcierana, a to jakiś staw w stopie się zacina, a to łydki zalane kwasem mlekowym...
A propos kwasu - okazało się, że Dorota ma spory zapas pasków do pomiaru poziomu kwasu mlekowego we krwi. Kończy im się data ważności i trzeba je zużyć. Po blisko trzech latach przerwy zacząłem więc znowu nakłuwać palce moje i Oli, żeby po treningu pobrać kroplę krwi do badania. Wczoraj była okazja, biegliśmy tzw. łagodny trzeci zakres, prędkość szybsza niż maratońska, na 85-90% tętna. Moje prędkości zaczynają się powoli poprawiać, podobnie jak samopoczucie. Tempo wyniosło mi 3:36-3:38/km. Mam zaś świadomość tego, że 15 sekund zdejmuję z tego lekko, jeśli zjeżdżam z gór i dodaję jakiś podbijający trening. Te prędkości nie są więc takie złe jak na początek porządnego okresu przygotowawczego. Zrobiłem tego 3x3km, na koniec chlasnąłem pomiar kwasu - wartość wyszła książkowa, 4,1 mmol. Ola trochę więcej, ale ja biegałem w praktyce na jakieś 87% tętna, ona cały czas w okolicach tego 90%. Trudno jest mi się rozpędzić, nogi bolą i się buntują. Nie do końca trenuję więc to, co chcę, czyli lactate clearance. Ale trudno.
Dzisiaj rano zrobiłem pomiar w spoczynku - wysoko 2,2 mmola kwasu mlekowego we krwi. Dorota mówi jednak, że te wartości na tej wysokości nad poziomem morza są zawsze nieco wyższe. Normalny poziom powinien wynieść ok. 1,5 mmol. Ale już kiedyś w Polsce też to mierzyłem i miałem 2,1. Być może zmierzymy to po dłuższym łagodnym treningu, wtedy wartość powinna być niższa. Wytłumaczeniem podwyższenia może być większa gęstość krwi, jest sucho, więc jest się bardziej odwodnionym. Generalnie traktuję to jako ciekawostkę, trening opieram na innych zmiennych niż poziom kwasu mlekowego.
Dzisiaj w ramach przełamywania monotonii treningowej wybraliśmy się pobiegać nad rzekę. Ciężko to szło, nogi wykończone, ale słońce na niebie, a Rio Grande z boku, więc nie można narzekać. Popołudniu idziemy na drugi trening.
Na zdjęciach: Ola oraz widok w drodze powrotnej.


