Trening w meksykańskich górach zaczyna wchodzić w fazę ciężką. To jest taki okres roku, kiedy biegacz cały czas jest lekko zmęczony. Ważne jest oczywiście kontrolowanie tego zmęczenia, ono nie może przekroczyć pewnego punktu krytycznego, ale jest stale obecne.
Wczoraj biegałem z dziewczynami dłuższe rozbieganie - 20km po górach. Podsumować je można krótko: jeśli przetrwam ten obóz, będę naprawdę silny! Ale zacznę od pustyni.
Biegaliśmy w niesamowitej scenerii. Po pierwsze, jest ciepło, wręcz gorąco. Po drugie, poczułem się, jakbym znienacka wylądował w świecie lektur z lat dzieciństwa: Karol May, Jack London, Tomek Wilmowski, te klimaty. To prawdziwy dziki zachód, prawdziwa, brutalna i egzotyczna górska pustynia. Wspominałem już o tych wszystkich pająkach, grzechotnikach, lwach górskich i kojotach, które można spotkać na trasie. Doszło do tego kolejne potencjalne zagrożenie: jadowite skolopendry. Okazuje się, że te dziwne czynności, które wykonują bohaterowie filmów i książek o miejscach egzotycznych, mają tu swoje uzasadnienie. Np. Dorota każe nam starannie wytrząsać ubranie po tym, jak przynosimy je z wieszaka na balkonie.
Przez górską pustynię biegliśmy więc przepełnieni mieszanką lęku i zachwytu. Pod nogami: podłoże na przemian skaliste, kamieniste lub piaszczyste. Wciąż pod górkę lub z górki, nie było fragmentów płaskich. Słońce pali. Powietrze suche jak pieprz, pełne niewidzialnego pyłu, ale przy tym niesamowicie przejrzyste, góry widoczne w niezwykle ostrych barwach. Biegliśmy dość szerokimi ścieżkami, ale po obu stronach wyciągały do nas ramiona egzotyczne rośliny - różne gatunki kaktusów, czasami mniejsze, czasami większe, niektóre o długich jak liany ramionach, uzbrojonych w imponujące kolce. Do tego jakieś karłowate palmy, wyschnięte dziwaczne krzaki, trawy i masa ostrych skał. Nie wolno niczego dotykać, nie wolno schodzić ze ścieżek, bo zawsze może dziabnąć coś tutejszego. Znajomi pokazali nam zdjęcia nogi mieszkającego tu Polaka - skaleczył się i wdała się jakaś straszna infekcja, cudem uniknął amputacji. Wyglądało to koszmarnie, jedna wielka rana! Takie tu czyhają obce bakterie, pasożyty, robale.
Na pustyni co jakiś czas można napotkać miejsca, gdzie miejscowi ćwiczą sobie nielegalne (bo nie wolno) strzelanie. Leżą rozbite butelki, przestrzelone puszki, łuski karabinowe. Dziki Zachód, prawda? Ponurzy Meksykanie wyglądają czasami tak, jakby mieli wyciągnąć za chwilę zza pazuchy zardzewiały, zakrzywiony nóż i wbić go nam w plecy. Najczęściej jednak uśmiechają się radośnie, witają, machają, samochody zatrzymują się, zjeżdżają, ustępują z drogi, zwalniają, żeby nie zakurzyć... Niesamowite!
Samo dłuższe bieganie jest bardzo
bolesne. Nogi bolą, gorąco, gardło i usta wysychają na kamień.
Dziewczyny mają niedobry zwyczaj (z mojego punktu widzenia)
przyspieszania na podbiegach, więc pod koniec biegłem już tylko z
wywalonym językiem, wpatrując się w migające przede mną buty. Tego
oczywiście też nie wolno robić, na pustyni nie można wpadać w taki
biegowy trans - trzeba cały czas obserwować drogę przed sobą, uważać,
czy to, co przypomina leżący kij, nie jest czasem żądnym świeżej
słowiańskiej krwi jadowitym wężem.
Oczywiście trochę wyolbrzymiam to zagrożenie, podobno przy zachowaniu ostrożności nic się nie może stać. Ale jestem takim typem, który mocno zamyśla się na treningu, planuje przygotowania wszystkich swoich zawodników po kolei, rozgryza jakieś fizjologiczne zagadki, nie poznaje znajomych, nie widzi niczego. Przeoczyłbym słonia, co dopiero małego węża o kolorze podłoża.
Dodam jeszcze wpis z dzienniczka pakera: wydaje mi się, że zauważam pozytywny wpływ glutaminy na regenerację i wygląd mięśni. Ale może to pustynny miraż. W każdym razie staram się ćwiczyć bardzo dużo, chociaż robi się to coraz trudniejsze, bo biegowe zmęczenie narasta. Mam sporo pracy przed komputerem, mój dzień wygląda więc tak, że wstaję, jem śniadanie, siadam do pracy, potem trening, po treningu rozciąganie, ćwiczenia, kąpiel, jedzenie, znowu czas przed komputerem, drugi trening, powtórka z poranka, a wieczór ponownie przed ekranem. Czasami znajduję chwilę na doszkalanie się, ewentualnie na spacer lub zakupy. I to wszystko. Każda minuta policzona, każda chwila zaplanowana. Sen i pobudka muszą być regularne, treningi też. Nie jest to taka prosta sprawa, najgorsze jest to narastające zmęczenie.
Ale cieszę się, że robię to w pięknych warunkach, przy świecącym słońcu, a nie w 15-stopniowym mrozie. Rozłączam się i idę rozmasować nogi Kijkiem, tym Stickiem. To cholerstwo stało się moim nawykiem, masujemy się nawzajem z Olą. Druga osoba potrafi wydobyć z mięśni poziom bólu nieosiągalny przy samodzielnym masażu, wiję się, syczę - ale czuję, że pomaga.
