No to się zaczęło - ostre trenowanie. Koniec wakacji. Po pierwsze, dzisiaj po raz pierwszy od miesięcy wyszedłem na podwójny trening. Popołudniu zrobiłem z Olą i Dorotą spokojne 8km. Ostatni raz na szaleństwo dwóch biegowych treningów dziennie pozwoliłem sobie we wrześniu, a jeszcze wcześniej - pod koniec lipca ubiegłego roku.
Po drugie, dzisiaj miał miejsce pierwszy solidniejszy trening od początku listopada. Robiłem kolejny pomiar, biegliśmy 6km do pułapu 90% tętna. Okazało się, że i organizm lepiej znosi miejscowe warunki, i nogi jakby zaczynają lepiej kręcić. Szaleństwa nie ma - przebiegłem to w tempie 3:39/km. Ale jest to i tak nieźle jak na początek przygotowań. Ola jest w dużo lepszej dyspozycji, biegała niewiele wolniej ode mnie. Samopoczucie po tym treningu było lepsze niż w którykolwiek dzień w ciągu ostatniego miesiąca.
Dorota przez ostatnie dni opowiada nam makabryczne historie o czających się w krzakach grzechotnikach, tarantulach, skorpionach, kojotach i rysiach. Zaczynam odczuwać psychozę, niedługo wszystkie treningi będę chyba biegał wzdłuż autostrady. Na szczęście podobno jest jeszcze za chłodno na tego rodzaju przybyszów. Ale lepiej dmuchać na zimne, dlatego na rozbieganiach puszczam Olę przodem. Chociaż z drugiej strony nigdy nie wiadomo - może pierwszy biegacz pobudza czujność grzechotnika, a dopiero drugi rozwściecza go na tyle, że następuje atak?
