Każdy dobry trener przyzna, że biegacz może skorzystać na ćwiczeniach zaczerpniętych z innych dyscyplin sportowych. Sam staram się być interdyscyplinarny: czytam o treningu kulturystów, mistrzów karate, pływaków, nurków, piłkarzy... W sporty, które są na topie, np. w piłkę, zaangażowane są ogromne pieniądze, zaczyna się szeroko zakrojone projekty badawcze. Z tych odkryć możemy skorzystać i my (jeśli mamy do nich dostęp).
Czasami trening wymaga sięgnięcia do źródeł pozanaukowych. Taka też jest geneza treningu, który wykonałem wczoraj. Grzebiąc w zakurzonych manuskryptach, pracowicie odszyfrowując tajne hieroglify i pismo węzełkowe, posiadłem wiedzę starożytnych joginów. Dzięki niewiarygodnej koncentracji woli oraz stopieniu się z materią wszechświata potrafili oni dokonywać rzeczy niewiarygodnych. Ponieważ bieganie to w dużej mierze również sztuka opanowania umysłu, poza tym bieganie jest tylko stopniem na drodze samorozwoju, wplotłem do treningu elementy... lewitacji. Tak, lewitacji, czyli unoszenia się w powietrzu przy pomocy siły woli.
Ćwiczę tę sztukę skrycie już od lat, pierwsze efekty pojawiły się kilka tygodni temu. Dopiero jednak w górskim rozrzedzonym powietrzu zrobiłem naprawdę duży postęp. Efekty tych eksperymentów na zdjęciach poniżej.
Zacząłem od najprostszego ćwiczenia: tán huáng. To właściwie zabawa dobra dla dzieci, zupełna prościzna, no ale nie od razu Rzym zburzono, jak mawiał Atylla. Tak to wygląda:

Ten stopień wtaemniczenia osiągnąłem właściwie już dawno temu. Ale kolejne lata zajęło mi dojście do poziomu sheng huo, będącego wariacją poprzedniej figury. Polega na złamaniu linii pionu:

A na koniec prawdziwa jazda: figury, w trakcie których unoszę się coraz wyżej. To już nie jest marne 10-20 centymetrów. To prawdziwa lewitacyjna jazda bez trzymanki. Niedługo mam zamiar spróbować ich nad Wielkim Kanionem. Zacząłem bardzo ostrożnie. Zwróćcie uwagę na widoczną na twarzy bojaźń, na niepewną pracę rąk. Prawdziwy jogin wyśmiałby mnie bezlitośnie. Dla mnie jednak był to spory postęp:

Potem zaryzykowałem i poszedłem na całość. Wyciszyłem umysł i zabiłem w nim ostatnią myśl. Wyobraziłem sobie cząsteczki powietrza i to, jak po nich stąpam. Ola była pod wrażeniem, bo udało mi się osiągnąć znakomitą wysokość! Oto efekt:

Teraz czas na próby dla mistrzów najwyższego stopnia wtajemniczenia: leżenie w powietrzu, obroty, lot do góry nogami oraz dłuższe podróże astralne. Na pewno na blogu zdam relację ze swoich postępów!
Oceń
Komentarze
