Mija dziś czwarty dzień naszego pobytu w Nowym Meksyku. Jest coraz lepiej - dzisiaj mamy pierwszy dzień, kiedy późnym popołudniem tutejszego czasu nie czujemy się kompletnie zaspani i rozbici. To była też pierwsza normalnie przespana noc, bez budzenia się o 3 w nocy. Pogoda bez zmian - bardzo słonecznie, w słońcu bardzo ciepło, ale lodowaty wiatr i z rana mocne przymrozki. Śniegu praktycznie już nie ma, jedynie na północnych stokach wzgórz.
Zabrałem ze sobą do Stanów Kijek, czyli the Stick, o który pisałem jakiś czas temu. Po 2 tygodniach masowania mięśnie rozluźniły mi się na tyle, że przestałem czuć ból. Teraz zaczęliśmy masować się nawzajem - świetna sprawa, druga osoba może znacznie dokładniej i mocniej rozmasować tym sprzętem mięśnie. Znowu wiję się z bólu. To samo u Oli - okazało się, że ma strasznie pospinane łydki, ledwo przeciągnę po nich Stickiem, a syczy z bólu.
Dzisiaj był pierwszy dzień, kiedy oprócz rozbiegania zrobiliśmy coś więcej - konkretnie 10x100m żwawo, pod łagodnie nachyloną górkę, z przerwą w spacerku. Jest dobrze, mięśniowo czuję się OK. Czuję lekki ból ścięgna pod kostką, pewnie ze względu na raptowną zmianę nawierzchni, ale jest to raczej niegroźne. Mam w butach wkładki robione na ciepło, one dobrze ustawiają mi stopę.
Przy wbieganiu na górki (których jest tu masa) zadyszka jest nadal niekontrolowana, poza tym jednak biegamy rozbiegania dość swobodnie. Co ciekawe, najbardziej odczuwam wysokość w trakcie ćwiczeń - kiedy trzaskam brzuszki czy grzbiety, sapię jak nigdy w Polsce.
Odświeżyłem lekturę Tima Noakesa i jego monumentalnej "Lore of Running". To Biblia biegania. Co jednak ciekawe, kiedyś najbardziej interesowały mnie części poświęcone samemu treningowi, teraz z ciekawością wgryzłem się w rozdziały poświęcone fizjologii i fizjologicznym ograniczeniom biegania. Tu ciekawostka, która skłoniła mnie do przemyśleń. Otóż na rynku popularne są aparaty do oddychania typu Power Breathe - jeśli wczytać się w blog Kamila Kędzierskiego, biegacza z Wrocławia, to pisze on często o używaniu tego przyrządu. Korzystają z tego również niektórzy sprzętowcy. Sam mam tego typu maszynkę, chociaż dużo tańszą i innego typu. Jednak w świetle tego, co pisze Noakes, używanie tego typu bajerów nie ma żadnego sensu. Dlaczego? Służę cytatem:
"Even at rest, all healthy athletes can move more air into and out of their lungs than they ever require during exercise. This capacity is called the maximum ventilation rate (MVR). A typical MVR for a distance runner at rest would be in excess of 200 L/min, whereas elite athletes, even during maximum exercise, seldom require greater than 180 L/min." ["Lore of Running", third edition, Leisure Press, Tim Noakes, str. 20]
Co to znaczy? Ano nic innego jak to, że wentylacja płuc nie jest tym czynnikiem, który limituje nasze zdolności przyswajania tlenu. Każdy zdrowy biegacz nawet podczas odpoczynku ładuje do płuc więcej tlenu niż potrzebowałby potencjalnie w trakcie maksymalnego wysiłku tlenowego. Dodatkowe trenowanie płuc i mięśni oddechowych nie ma więc w tym kontekście sensu - trenuje się w ten sposób coś, co już i tak jest wyśrubowane poza granice możliwości. To jak dostarczanie do elektrowni 400 ton węgla dziennie, podczas gdy jest ona w stanie spalić tylko 300 ton. Nawet jeśli przy pomocy tego typu sprzętu wytrenujemy płuca, żeby przyjmowały więcej tlenu, to nie ma to wpływu na jego przyswojoną ilość - bo ta ilość już wcześniej była wystarczająca, z dużym zapasem. Ograniczenia maksymalnego poboru tlenu są zawarte gdzie indziej: w przyswajaniu już wtłoczonego do płuc tlenu, w jego transporcie oraz wykorzystaniu przez mięśnie. Wygląda więc na to, że szeroko reklamowane "trenowanie płuc" z punktu widzenia treningu to strata czasu.
Wczoraj byliśmy z Olą w gigantycznym sklepie ze zdrową żywnością i witaminami. Aż wstyd się przyznać, ale zakupiłem kilka rodzajów suplementów. Jak wiadomo, jestem zwolennikiem zdrowej diety i przeciwnikiem łykania jakichkolwiek pigułek, tym niemniej wciąż szukam sposobu na przełamanie moich problemów mięśniowych. Zmieniam trening, zmieniam sposób regeneracji, teraz dodatkowo spożywam też HMB, glutaminę i izolat białka, czyli substancje mające chronić mięśnie przed nadmiernym rozpadem i przyspieszać ich odbudowę. U mnie jest to zaś problem - tracę masę mięśniową błyskawicznie, mięśnie bolą mnie mocno po treningach, a siła to moja słaba strona. Do tego zakupiłem zestaw witamin B oraz przeciwutleniacze mające chronić oczy. Siedzę godzinami przed komputerem, wzrok mi się pogarsza, mam więc nadzieję, że chociaż trochę mnie to przeciwutleni ; )
Na deser kilka zdjęć. Jest tu tak pięknie, a ja dysponuję na tyle dobry sprzętem fotograficznym, że będę Was często zasypywał zdjęciami. Grzechem byłoby nie pstrykać. Na początek taste of America, czyli widok, jaki mamy w trakcie treningu. Przebiegamy kładką nad Tramwayem, czyli tą ulicą na zdjęciu, biegniemy jakieś 300m przez osiedle - i wbiegamy między widoczne z lewej strony wzgórza. Ładne to, prawda?

Drugie zdjęcie - to Ola, która jaśnieje tu nieźle, miejmy nadzieję, że zajaśnieje tak również na bieżni w tym roku ; )

Skoro jest Ola, to czas i na mnie - to na biegowej ścieżce, w tym miejscu biegamy. Widać resztki śniegu w cieniu krzaków:

No i na koniec: rzut oka na buty Oli. Jak wspominałem swego czasu, Ola jest testerem i ambasadorem Kalenji, marki biegowej sieci Decathlon. Przy okazji ja również mam styczność z ich sprzętem. Nie chcę tu za bardzo robić zadymy marketingowej, więc chociaż sprzęt jest znakomitej jakości, na ogół nie wspominam na blogu nic na ten temat. Ale te jej nowe buty do biegania w trudnym terenie naprawdę mi się podobają, pozwolę więc sobie na wyjątek, skoro dzisiaj pojawiło się już tyle nazw produktów. Sam zresztą biegam od listopada w startówkach Kalenji, wiem, że biegacze szukają informacji na temat tego producenta, powiem więc krótko: marka nas na razie nie zawiodła. Wręcz przeciwnie, jest to biegowa pierwsza klasa, a ponieważ Kalenji jest tańszą marką niż np. Nike czy Adidas, polecam niektóre produkty znajomym w prywatnych rozmowach i dzięki mnie kilka osób biega już w butach Kalenji. Ja sam do Stanów zabrałem na dobicie tylko buty Nike Victory, licząc na tanie okazje tutaj. I rzeczywiście: tylko wczoraj widziałem na wyprzedaży mój numer terenowych Saucony za... 10 dolarów oraz prześliczne New Balance za 22 dolary. Ale ponieważ biegam teraz w sposób "natural", w jak najlżejszych, najcieńszych butach, z żalem ich nie kupiłem. A oto obuta stopa Oli, stopa, która biega tak szybko ; )

Oceń
Komentarze
W ich ofercie brakuje mi buta typu Nike Free. Jest Eliofeet, ale jeszcze go nie próbowałem. Jego wadą jest taki twardy kawałek plastiku z przodu, do tego zapięcie na rzep, które mnie nie przekonuje do końca. Ale Ola biegła w Eliofeet kilka biegów ulicznych i nie miała zastrzeżeń.
Co do innych marek - są fajne buty, np. niektóre modele Nike czy Adidasa są naprawdę znakomite, ale w Polsce ceny są tak koszmarne, że nigdy nie kupiłem żadnego takiego buta, poza wyprzedażami. Nieco inna sytuacja jest w Stanach - i pewnie przywiozę sobie kilka par. Nawet w sklepie bez przeceny jest tanio jak barszcz, chociaż w Albuquerque nie ma wielkiego wyboru butów biegowych.
Pozdrawiam!
Najwięcej mogą zyskać na tym osoby z problemami oddechowymi i ja dlatego zacząłem tego używać - bo ze względu na alergię oskrzela mi się czasami "przytykają". Tutaj rzeczywiście jest potencjalna możliwość sporego zysku.
Ja na to staram się patrzyć na chłodno - oceniam, ile trzeba w coś włożyć pracy i jakie mogą być potencjalne efekty. Moje urządzenie jest o tyle fajne, że ma takie latające kuleczki, które można obserwować i którymi steruje się w trakcie wdechu i wydechu ; )
Dosyć popularna plota głosi, jakoby większość zawodników światowej czołówki chorowała na astmę, (np. głośno było o dolegliwościach Haile przed olimpiadą w Pekinie). Rozumiem że chodzi tu bardziej o sam papier, którego posiadanie wynika z jakiegoś przkrętu, a zyskiem ma być możliwość korzystania z odpowiednich specyfików figurujących na zakazanej liście. Podobno wziewne specyfiki, wspomagają do tego stopnia samą wentylacje płuc, że ma to wpływ na wynik. W tej płaszczyźnie można by się doszukiwać jakiś logicznych podstaw korzystania z tego typu sprzętów jak PB. Osobiście uważam że pewniejszą inwestycją czasu jest np. 15 minutowy stretching niż dmuchanie dziurawego materaca, aczkolwiek to stwierdzenie jest bardziej efektem mojego konserwatywnego światopoglądu niż autorytatywną myślą.
Zacytowałeś fragment książki niepodważalnego autorytetu, ale o fakcie skuteczności stosowania leków wziewnych świadczą (bynajmniej w moim otoczeniu) nawet amatorzy. Być może faktycznie poprawa wentylacji to jedynie kwestia poprawy samopoczucia, ale czyż znajomość psychologii i samoczynnych odruchów neurologicznych, nie pozwala twierdzić, że poprawa samopoczucia prowadzi do poprawy wyniku ?
Pozdrawiam z południowej Polski, gdzie właśnie dosypuje śniegu :D
1. Według mnie (i nie tylko mnie) nie ma to żadnego wpływu na wydolność zdrowego człowieka. Chorym - pomaga jak najbardziej. Musisz mieć świadomość tego, że polityka WADA względem koksów jest bardzo restrykcyjna. W życiu nie dopuściliby do użycia leku, który miałby rzeczywisty wpływ na wynik. Próbowali zatrzymać nawet tak niewinną substancję jak kofeina. W lekach wziewnych bardziej niż o rozszerzenie oskrzeli chodzi o kortykosteroidy - środek przeciwzapalny stosowany w nich, który w dużych dawkach i podawany w zastrzyku ma jakieś tam poważniejsze działanie. Podawanie miejscowo w postaci aerozolu nie ma prawie żadnych skutków na cały organizm.
2. Na Zachodzie astma jest w tej chwili wykrywana masowo, ze względu na zanieczyszczenie powietrza. Ma ją ponad 30% dzieci. Nic dziwnego, że u sportowców ten procent jest wyższy - uprawianie sportu to podwyższone ryzyko skurczu oskrzeli. Z moich obserwacji wynika, że intensywny trening, szczególnie w zanieczyszczonym powietrzu lub np. na mrozie - istotnie zwiększa problemu z oskrzelami, szczególnie u kogoś, kto tak jak ja, chorował na nie w dzieciństwie. Największe procentowo stężenie astmatyków jest w biegach narciarskich, gdzie jest bieganie w fatalnych warunkach, atakowanie oskrzeli ciągłym zmrożonym powietrzem.
Wygląda to więc tak, że na świecie są to leki przepisywane masowo. U nas jak ktoś ma astmę, to jest to dziwne, kojarzy się z jakąś koszmarną chorobą. Tymczasem na Zachodzie astma jest powszechna, również dlatego, że inna jest diagnostyka i kryteria oceny. Byle kaszel, byle chrypka jest tam uznawana za astmę. Stąd leki i powszechność ich stosowania. Ponieważ u sportowców ryzyko występowania objawów łagodnej astmy jest duże, stąd często są kwalifikowani jako astmatycy.
Gdyby polscy zawodnicy mieli normalny dostęp do lekarzy i badań, procent astmatyków byłby tai sam jak w innych krajach. Jednak według mojej wiedzy leki wziewne nie maj żadnego wpływu na wynik zdrowego człowieka. Sam przestałem je stosować, bo przestałem się leczyć - i nie czuję żadnej różnicy. Jedyne różnice, jakie odczułem, były spowodowane zmianami w treningu, nie zmianami w stosowanych lekach.
Tompoz Tomek
