Tym razem będzie znacznie optymistyczniej. Pogoda, co prawda, nadal fatalna, dziś w nocy dopadało jeszcze więcej śniegu, ale nie ma to już znaczenia. Nie ma, bo... bo już za 2 tygodnie będę strząsał kokosy z palm w cieplejszym klimacie!
No dobrze, z kokosami trochę się rozmarzyłem, będą to bardziej kaktusy, węże i kojoty. Otóż po tygodniach polowań na tanie bilety lotnicze w końcu znalazłem coś w miarę sensownego. 30 grudnia wylatuję do USA! Oczywiście internetowo nic się nie zmienia, pozostaję w kontakcie. Zmienia się natomiast treningowo.
Lecimy razem z Olą, nie jest to przelot idealny, trwa aż 25 godzin, w tym ok. 10 godzin czekania na przesiadki. Jest jednak wczesny (po Nowym Roku ceny są koszmarne) i dobrze ułożony jest powrót - szybki, wygodny, określony tak, żeby pobiec dobrze w Mistrzostwach Polski na 10000m. Bo te Mistrzostwa, odbywające się w przyszłym roku w Sosnowcu, są naszym pierwszym celem. Oboje chcemy w nich solidnie poprawić nasze życiówki, o ile zdrowie i pogoda na to pozwoli. Dla Oli oznaczać to będzie wejście na poziom międzynarodowy. W przyszłym roku czeka ją albo jesienny debiut w maratonie, albo bardzo poważny półmaraton. Oprócz tego - kilka startów na krótszych dystansach, na bieżni, w tym mistrzostwa Polski w lipcu.
Start na 10000m jest 2 maja, więc 10 dni wcześniej, 22 kwietnia, planuję ostatni bardzo mocny trening, na prędkościach wyższych niż startowe. Być może będzie to jakiś sprawdzian. Wiele zależy od tego, jak będziemy czuć się w górach. Dzień później lekkie rozbieganie i odpoczynek, a 24 kwietnia powrót do Polski. Jesteśmy na miejscu w niedzielę 25 i mamy 7 dni na odpoczynek i przestawienie się do innego czasu. W środę lub czwartek planuję jeszcze jakiś pobudzający trening z kilkoma krótkimi odcinkami dużo szybszymi niż tempo startowe.
Mam już rozplanowany wstępnie cały przyszły sezon, wraz z kluczowymi treningami, uwzględnione starty pewne oraz prawdopodobne. Wierzę w potęgę planowania, trening Oli (a także mój i reszty biegaczy) ma być precyzyjny, to jest trening chirurgiczny. Wynajduję słabe punkty i pracowicie je hebluję, na tym to polega. Konkretne cele zostawię sobie na inny wpis. Dzisiaj miało być o grudniowym bieganiu.
Otóż jest lepiej. Po pierwsze, ponieważ już za 2 tygodnie wylot, nie spinam się. Głównym celem jest więc pozostawanie w miarę dobrej formie tlenowej, w pełnym zdrowiu, do tego intensywna praca nad siłą i mocą. Poprawia się stan mojego mięśnia dwugłowego. Rozciąganie i kilka spokojniejszych dni zdziałały cuda. Okazuje się też, że nie mogę robić wypadów - po tym ćwiczeniu łapią mnie te przykurcze. Wczoraj stan nogi był na tyle dobry, że wieczorem pobiegałem 10x200m podbiegu. Jeszcze nie był to w pełni swobodny krok, lekkie "ciągnięcie" czułem, ale w porównaniu do stanu sprzed 4 dni jestem jak nowo narodzony.
Drobne naciągnięcie czy przeciążenie mam w lewym mięśniu naramiennym, minimalny ból przy wysiłku. To efekt ostatniego basenu. Muszę się jednak pochwalić. Sesja trwa 40 minut, w praktyce mniej, bo zanim wejdziemy, ochlapiemy się wodą itd, mija kilka minut. Ostatnio postanowiłem liczyć, ile przepłynę. Pływam niemal bez przerwy, spokojnie, robię tylko krótkie postoje na złapanie oddechu. Ostatnio machnąłem tak 46 basenów, czyli ponad 1100 metrów. Nie jestem pływakiem, nie orientuję się, jaki to wynik, ale wydaje mi się, że przyzwoity. Do tego bardzo intensywnie ćwiczę się siłowo-sprawnościowo. W ciągu ostatnich sześciu tygodniu zrobiłem czasowo 1/3 ilości ćwiczeń z całego zeszłego roku. W niektórych siłowych ćwiczeniach na nogi (np. wstępowanie) zrobiłem już więcej niż w całym roku. To efekt zarówno tego, że teraz to mój główny cel treningowy, jak i tego, że ten miniony rok był pod tym względem dość zaniedbany.
Waga ustabilizowała się. Po serii ćwiczeń wzrosła do ponad 71kg, teraz jest w okolicach 70kg. Robię co mogę, ale mięśni już nie przybywa. W zeszłym tygodniu przebiegłem 100km, w tym będzie pewnie 80-90, ze względu na dwa bardzo ubogie w bieganie dni. Biegam późnym wieczorem po ulicach, tu się nic nie zmienia. Później nie mogę zasnąć do 1-2 w nocy, niestety. Co gorsza, basen też mam na wieczór, więc muszę coś wymyślić, mam jeszcze 5 wejść do wykorzystania.
A na deser: dwie fotki z ostatniego marszu w śniegu:

To byłem ja, Jarząbek, na pierwszej fotce, a teraz zdjęcie krajobrazu, gdzie szoruję w śniegu lub błocie. Na zdjęciu wygląda oczywiście pięć razy lepiej niż w rzeczywistości, bo zrobiłem mały szacher-macher w balansie bieli w moim przesłodkim Canonie:

Oceń
Komentarze
" Uznano bowiem,że to w tlen ubogie powietrze...." , kto uznał ? Wydaje mi się,że literatura fachowa wyjaśnia, iż tlenu jest tyle samo na 40 m n.p.m. co na 8000 m n.p.m., upośledzenie dowozu tlenu na wysokościach nie wynika z rozrzedzonego powietrza jak się kolokwialnie mówi, lecz wynika z obniżenia wielkości ciśnienia cząstkowego ( parcjalnego ) tlenu w wyniku spadku ciśnienia atmosferycznego. Ogólnie artykuł na poziomie !
oczywiście masz rację z wyjaśnieniem mechanizmu upośledzenia oddychania na wysokości. Różnica nie polega na zawartości tlenu w powietrzu, tylko na wymianie gazowej w płucach. Sęk w tym, że to jest artykuł popularny, a ta kwestia jest tylko poboczną. Wyjaśnienie tego mechanizmu byłoby niepotrzebna dygresją, naruszającą ciągłość tekstu, tok myślenia. Z tego względu musiałem zdecydować się na uproszczenie, które będzie zrozumiałe dla wszystkich. Takich uproszczeń jest tam więcej, to było nieuniknione, żeby przekazac płynnie pewna ogólną mysl.
Swoja drogą, to ciągłośc tekstu i tak została naruszona w inny sposób. Część tekstu poszła do ramek i redaktor nie zauważył, że przez to w pewnym momencie w środku zrobiła się dziura. Jest napisane o czyms tam, a nagle w następnym zdaniu przeskok do czegoś kompletnie innego, bo kilka akapitów jest stamtąd wycięte, a ne ma żadnego np. sródtytułu.
Pozdrawiam uważnego czytelnika ; )
