18
10/2009
00:00
Już trochę ochłonęliśmy i obiad pochłonęliśmy, mogę więc dopisać jeszcze kilka wrażeń z biegu. Widziałem już wyniki, nieoficjalne, zająłem w sumie 7 miejsce, lepsze niż czas. Nieoficjalne czasy: 1:18:13 dla Oli, 1:11:06 dla mnie.
Jak to wyglądało od środka? Pierwsza sprawa - marna pora rozgrywania tego biegu. Start był o 9.30 czasu rumuńskiego, czyli o 8.30 polskiego. Na śniadanie byliśmy umówieni na 6 rano, wstawaliśmy więc o 4.50 polskiego czasu! Okazało się jednak, że posiłek był opóźniony, zjedliśmy go więc dopiero o 6.30 - 3 godziny przed biegiem, trochę późno. Kenijczykom to jednak nie przeszkadzało - było ich łącznie siedmiu (w Bukareszcie rozgrywano równocześnie maraton, start był wspólny). Niektórzy z nich po raz pierwszy byli w Europie - bardzo zabawni goście. W restauracji na śniadanie naładowali sobie góry jedzenia - to był niesamowity widok, 3 godziny do biegu, a Kenijczyk wcina wielką kupę sałaty i marchewki ; ) Dwóch pierwszych, w tym jeden debiutant, pobiegło ostatecznie 1:02:17 i 1:02:24! Niesamowity wynik na tej trasie i w tych warunkach! Rozmawiałem przy obiedzie z dyrektorem sportowym biegu i oceniał on, że na szybkiej trasie tych dwóch może złamać godzinę. Niesamowici wojownicy z tych Kenijczyków - nic nie było w stanie ich złamać, ani górki, ani deszcz, ani zimno. Pierwszy kilometr pobiegli w deszczu w 2:49...
Byliśmy na miejscu startu blisko 2 godziny przed biegiem, wymarzliśmy niesamowicie (Kenijczycy wymarzli jeszcze bardziej, nie mieli ze sobą ciepłych kurtek). Deszcz padał rano, kiedy wstaliśmy i ponownie zaczął padać na rozgrzewce. Truchtaliśmy 15 minut, nie czułem się rewelacyjnie, po bieganiu na bieżni w siłowni mieliśmy dziwnie ociężałe nogi. Niebo było zachmurzone i mocno wiało, a to, czego się najbardziej obawiałem, to strasznie śliski asfalt. Było się czego bać - na trasie było łącznie ok. 10 zakrętów o 180 stopni! Wybijało to to mocno z rytmu, szczególnie w połączeniu z podbiegami.
Pierwszy kilometr zacząłem w 3:16, Ola w 3.35. To było prawie dokładnie zgodnie z planem, planowałem 3.15-3.14, w deszczu 3.16 wyglądało całkiem OK. Kenijczycy uciekli szybko, również ci, którzy biegli maraton (strasznie potem zwolnili na ostatnich 15km, dobiegli w zaledwie 2:20-2.22, ale na półmetku mieli coś ok. 1:06). Uciekł mi także Szwed, z którym rozmawiałem i którego chciałem trzymać w zasięgu wzroku. Jego życiówka to 1:05, tutaj pobiegł ostatecznie 1:09. Kolejne kilometry były niestety marnie oznaczone, wahały się od 3:06 do 3:46, jak się później dowiedziałem, dobrze były oznaczone tylko okrągłe liczby.
Dość dobrze biegłem pierwsze 5km, które miałem w 16:27 - wolno, ale jak na panujące warunki i założenie, że przyspieszę w drugiej połowie, było OK. Do 5-6 km miałem przed sobą dwóch gości którzy biegli sztafetę Ekiden (ona też startowała równocześnie z półmaratonem i maratonem), powoli ich dochodziłem i biegło mi się dobrze psychicznie. Kiedy jednak ich minąłem, zostałem sam, nie miałem nikogo z przodu, a co gorsza, po kolejnej nawrotce wybiegliśmy nad rzekę, gdzie teren był odsłonięty i potężnie wiało. Na dobicie gdzieś w okolicach 9km był ten koszmarny podbieg, na górze miałem nogi miękkie jak galaretki. W okolicach 10km jeden z ekidenowców dogonił mnie (po tym jak 2 razy zawracałem po zmyleniu drogi) i pociągnął mnie kilkaset metrów, finiszując. Za nim od razu biegło mi się lepiej, zmieniłem rytm i zacząłem kręcić dobrze nogami. Niestety, 200m przed końcem pierwszego okrążenia z kolei gość z Ekidenu zmylił drogę i został z tyłu.
Po 10,5km ruszyła następna zmiana Ekidenu, dogonił mnie następny zmiennik, wyrwał bardzo mocno do przodu, ale po 500m dogoniłem go i minąłem. Od tego czasu biegłem kompletnie bez kontaktu z kimkolwiek. Nie czułem się źle - miałem ociężałe nogi, ale oddechowo czułem się OK, próbowałem szarpnąć, pomiary wskazywały, że ponownie wszedłem w rytm ok. 3.15-3.12/km. Trwało to jednak krótko, chociaż zdjąłem rękawiczki, w których dotychczas biegłem. Tempo zaczęło siadać, szczególnie na podbiegach nie mogłem samotnie zmusić się do przyspieszenia. Do tego doszedł atakujący pies, którego musiałem odganiać oraz wrzaski do policjantów o podanie dokładnego kierunku przy każdym zakręcie, nie chciałem ponownie biec w złym kierunku, a przy tej masie zakrętów kompletnie nie orientowałem się, gdzie biec.
Po 10km widziałem, że z życiówki nici, ale sądziłem, że na drugiej pętli będę stanie odrobić ok. minuty, co by oznaczało, że powinienem przynajmniej złamać 1:10. Nic z tego jednak, może gdybym miał kogoś przed sobą, udałoby się, ale samotnie biegło mi się marnie, a po kolejnym potężnym podbiegu w okolicach 18km miałem już dość biegania. Od 5km nie padało, ale porobiły się potężne kałuże, na jednej z nawrotek o 180 stopni było niezłe bajorko - na pierwszej pętli ominąłem je szeroko, na drugiej depnąłem, mając nadzieję, że nie jest głęboko. Było... Wpadłem poza kostkę w lodowatą wodę.
Ogólne wrażenia nie są najgorsze, zdobywamy doświadczenie ; ) Bardzo fajne było miejsce zakwaterowanie, mieszkamy chyba w najlepszym hotelu w mieście, w luksusowych warunkach. Drugie miejsce Oli zostało dobrze odebrane przez organizatorów z włoskiej agencji, co oznacza, że możemy liczyć na zaproszenia na szybsze biegi w przyszłym roku. Dyrektor sportowy ocenił, że na szybkiej trasie Ola jest w stanie pobiec na chwilę obecną ok. 1.15-1.14, co dokładnie pasuje do mojej oceny jej możliwości.
Z innych wniosków - musimy dopracować trening długich, szybkich biegów w trudnych warunkach, z podbiegami. Liderka uciekła Oli właśnie na podbiegu, do tego czasu Ola miała ją w zasięgu rażenia i sądziłem, że wygra (ostateczna strata Oli to 1:27 min). W deszczu nabawiłem się potężnych otarć w pachwinach i na sutkach - to oznacza, że następnym razem nawet w półmaratonie muszę zwrócić na to uwagę. I jeszcze jedno - muszę koniecznie kupić sobie startówki. Do tej pory biegałem w jakimś modelu coś a la Nike Free - w bardzo lekkich, miękkich butach Nike, chyba nawet nieprzeznaczonych do biegania, prawie jak kapciach, które przywiozłem jeszcze z USA (rok temu biegłem półmaraton w treningówkach Nike Victory). To są jednak za miękkie buty, za duży hardcore jak na dłuższe dystanse na ulicy. Jedną stopę mam obolałą w taki sposób, jakby ktoś przełamał mi ją na pół. Pierwsze więc, co zrobię po powrocie do Polski, to sprawię sobie pierwszy raz w życiu normalne, profesjonalne startówki. Te buty są fajne na krótsze biegi, biegnie się w nich jak na bosaka, ale przy dłuższych potrzebuję jednak lepszego odbicia z asfaltu.
Po powrocie zamieszczę trochę wrażeń z samego Bukaresztu oraz trochę zdjęć.
Na razie biegamy dalej, jak tylko zejdą zakwasy - mam nadzieję, że nie przeziębimy się po tym biegu, a mój ból gardła w końcu zniknie.
Jak to wyglądało od środka? Pierwsza sprawa - marna pora rozgrywania tego biegu. Start był o 9.30 czasu rumuńskiego, czyli o 8.30 polskiego. Na śniadanie byliśmy umówieni na 6 rano, wstawaliśmy więc o 4.50 polskiego czasu! Okazało się jednak, że posiłek był opóźniony, zjedliśmy go więc dopiero o 6.30 - 3 godziny przed biegiem, trochę późno. Kenijczykom to jednak nie przeszkadzało - było ich łącznie siedmiu (w Bukareszcie rozgrywano równocześnie maraton, start był wspólny). Niektórzy z nich po raz pierwszy byli w Europie - bardzo zabawni goście. W restauracji na śniadanie naładowali sobie góry jedzenia - to był niesamowity widok, 3 godziny do biegu, a Kenijczyk wcina wielką kupę sałaty i marchewki ; ) Dwóch pierwszych, w tym jeden debiutant, pobiegło ostatecznie 1:02:17 i 1:02:24! Niesamowity wynik na tej trasie i w tych warunkach! Rozmawiałem przy obiedzie z dyrektorem sportowym biegu i oceniał on, że na szybkiej trasie tych dwóch może złamać godzinę. Niesamowici wojownicy z tych Kenijczyków - nic nie było w stanie ich złamać, ani górki, ani deszcz, ani zimno. Pierwszy kilometr pobiegli w deszczu w 2:49...
Byliśmy na miejscu startu blisko 2 godziny przed biegiem, wymarzliśmy niesamowicie (Kenijczycy wymarzli jeszcze bardziej, nie mieli ze sobą ciepłych kurtek). Deszcz padał rano, kiedy wstaliśmy i ponownie zaczął padać na rozgrzewce. Truchtaliśmy 15 minut, nie czułem się rewelacyjnie, po bieganiu na bieżni w siłowni mieliśmy dziwnie ociężałe nogi. Niebo było zachmurzone i mocno wiało, a to, czego się najbardziej obawiałem, to strasznie śliski asfalt. Było się czego bać - na trasie było łącznie ok. 10 zakrętów o 180 stopni! Wybijało to to mocno z rytmu, szczególnie w połączeniu z podbiegami.
Pierwszy kilometr zacząłem w 3:16, Ola w 3.35. To było prawie dokładnie zgodnie z planem, planowałem 3.15-3.14, w deszczu 3.16 wyglądało całkiem OK. Kenijczycy uciekli szybko, również ci, którzy biegli maraton (strasznie potem zwolnili na ostatnich 15km, dobiegli w zaledwie 2:20-2.22, ale na półmetku mieli coś ok. 1:06). Uciekł mi także Szwed, z którym rozmawiałem i którego chciałem trzymać w zasięgu wzroku. Jego życiówka to 1:05, tutaj pobiegł ostatecznie 1:09. Kolejne kilometry były niestety marnie oznaczone, wahały się od 3:06 do 3:46, jak się później dowiedziałem, dobrze były oznaczone tylko okrągłe liczby.
Dość dobrze biegłem pierwsze 5km, które miałem w 16:27 - wolno, ale jak na panujące warunki i założenie, że przyspieszę w drugiej połowie, było OK. Do 5-6 km miałem przed sobą dwóch gości którzy biegli sztafetę Ekiden (ona też startowała równocześnie z półmaratonem i maratonem), powoli ich dochodziłem i biegło mi się dobrze psychicznie. Kiedy jednak ich minąłem, zostałem sam, nie miałem nikogo z przodu, a co gorsza, po kolejnej nawrotce wybiegliśmy nad rzekę, gdzie teren był odsłonięty i potężnie wiało. Na dobicie gdzieś w okolicach 9km był ten koszmarny podbieg, na górze miałem nogi miękkie jak galaretki. W okolicach 10km jeden z ekidenowców dogonił mnie (po tym jak 2 razy zawracałem po zmyleniu drogi) i pociągnął mnie kilkaset metrów, finiszując. Za nim od razu biegło mi się lepiej, zmieniłem rytm i zacząłem kręcić dobrze nogami. Niestety, 200m przed końcem pierwszego okrążenia z kolei gość z Ekidenu zmylił drogę i został z tyłu.
Po 10,5km ruszyła następna zmiana Ekidenu, dogonił mnie następny zmiennik, wyrwał bardzo mocno do przodu, ale po 500m dogoniłem go i minąłem. Od tego czasu biegłem kompletnie bez kontaktu z kimkolwiek. Nie czułem się źle - miałem ociężałe nogi, ale oddechowo czułem się OK, próbowałem szarpnąć, pomiary wskazywały, że ponownie wszedłem w rytm ok. 3.15-3.12/km. Trwało to jednak krótko, chociaż zdjąłem rękawiczki, w których dotychczas biegłem. Tempo zaczęło siadać, szczególnie na podbiegach nie mogłem samotnie zmusić się do przyspieszenia. Do tego doszedł atakujący pies, którego musiałem odganiać oraz wrzaski do policjantów o podanie dokładnego kierunku przy każdym zakręcie, nie chciałem ponownie biec w złym kierunku, a przy tej masie zakrętów kompletnie nie orientowałem się, gdzie biec.
Po 10km widziałem, że z życiówki nici, ale sądziłem, że na drugiej pętli będę stanie odrobić ok. minuty, co by oznaczało, że powinienem przynajmniej złamać 1:10. Nic z tego jednak, może gdybym miał kogoś przed sobą, udałoby się, ale samotnie biegło mi się marnie, a po kolejnym potężnym podbiegu w okolicach 18km miałem już dość biegania. Od 5km nie padało, ale porobiły się potężne kałuże, na jednej z nawrotek o 180 stopni było niezłe bajorko - na pierwszej pętli ominąłem je szeroko, na drugiej depnąłem, mając nadzieję, że nie jest głęboko. Było... Wpadłem poza kostkę w lodowatą wodę.
Ogólne wrażenia nie są najgorsze, zdobywamy doświadczenie ; ) Bardzo fajne było miejsce zakwaterowanie, mieszkamy chyba w najlepszym hotelu w mieście, w luksusowych warunkach. Drugie miejsce Oli zostało dobrze odebrane przez organizatorów z włoskiej agencji, co oznacza, że możemy liczyć na zaproszenia na szybsze biegi w przyszłym roku. Dyrektor sportowy ocenił, że na szybkiej trasie Ola jest w stanie pobiec na chwilę obecną ok. 1.15-1.14, co dokładnie pasuje do mojej oceny jej możliwości.
Z innych wniosków - musimy dopracować trening długich, szybkich biegów w trudnych warunkach, z podbiegami. Liderka uciekła Oli właśnie na podbiegu, do tego czasu Ola miała ją w zasięgu rażenia i sądziłem, że wygra (ostateczna strata Oli to 1:27 min). W deszczu nabawiłem się potężnych otarć w pachwinach i na sutkach - to oznacza, że następnym razem nawet w półmaratonie muszę zwrócić na to uwagę. I jeszcze jedno - muszę koniecznie kupić sobie startówki. Do tej pory biegałem w jakimś modelu coś a la Nike Free - w bardzo lekkich, miękkich butach Nike, chyba nawet nieprzeznaczonych do biegania, prawie jak kapciach, które przywiozłem jeszcze z USA (rok temu biegłem półmaraton w treningówkach Nike Victory). To są jednak za miękkie buty, za duży hardcore jak na dłuższe dystanse na ulicy. Jedną stopę mam obolałą w taki sposób, jakby ktoś przełamał mi ją na pół. Pierwsze więc, co zrobię po powrocie do Polski, to sprawię sobie pierwszy raz w życiu normalne, profesjonalne startówki. Te buty są fajne na krótsze biegi, biegnie się w nich jak na bosaka, ale przy dłuższych potrzebuję jednak lepszego odbicia z asfaltu.
Po powrocie zamieszczę trochę wrażeń z samego Bukaresztu oraz trochę zdjęć.
Na razie biegamy dalej, jak tylko zejdą zakwasy - mam nadzieję, że nie przeziębimy się po tym biegu, a mój ból gardła w końcu zniknie.
Oceń
0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.
Zobacz także
Komentarze
18/10/2009, 20:32
0
0
Na Twoim poziomie ważną rzeczą jest umieć biegać samemu i do tego trzymać się założonego tempa biegu i tu nie ma tłumaczeń, że coś tam. Nawet na moim poziomie jest to niezbędne, bo zazwyczaj biegam sam. Do tego dochodzi już taktyka rozgrywania i ew. wygrywania biegów, która na pewno jest inna niż na bieżni. Powodzenia w kolejnych startach :)
Skomentuj
Blog - nowe komentarze
Blog - nowe video


no nie tak całkiem ode mnie tylko do sponsora Oli
ja dziś zdradziłem znowu brand i pobiegłem w Hyperspeedach Asicsa, reszta wiadmomo co Kealenji od stóp do głów
trzymajcie się "Rumuny"