29
08/2009
00:00
Dziś będzie tekst o biegaczu, który wczorajszym biegiem w pełni na to zasłużył, chociaż pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, a jego nazwisko nic nie mówi większości polskich kibiców. To Dathan Ritzenhein, amerykański zawodnik, który wczoraj pobił rekord USA na 5000m i stał się dopiero czwartym białym człowiekiem w historii, który złamał barierę 13 minut na 5km. Jego czas - 12.56,27.
Z tych czterech białych, którzy złamali 13 minut, trzech pochodzi z anglosaskiej kultury treningu, są to: Amerykanin Bob Kennedy, Ritzenhein, Australijczyk Craig Mottram. Czwartym z nich jest Niemiec Dieter Baumann. Ten jedyny spoza tej szkoły, Baumann, wplątany był w aferę dopingową i chociaż do dziś zarzeka się, że to jedna wielka pomyłka, jego wyniki trzeba oceniać z pewnym sceptycyzmem.
Ritzenhein to od wielu lat wielka nadzieja amerykańskich biegów, niesamowicie utalentowany junior oraz dowód na to, że amerykańscy trenerzy potrafią swoich juniorów doprowadzać do znakomitych wyników. W Polsce wciąż się mówi o tym, że USA to katowanie, zajeżdżanie, ciągłe starty w ligach przełajowych, halowych i stadionowych. Jednak kariery Ritzenheina, Ryana Halla czy Alana Webba, a z kobiet Kary Goucher, Shalane Flanagan czy Shannon Rowbury pokazują, że problem z prowadzeniem juniorów istnieje w znacznie większym stopniu w Polsce. Zerknijmy bowiem na wyniki takiego Ritzenheina - jeszcze jako 18-latek nie wyróżniałby się specjalnie w polskiej rzeczywistości - pobiegł 3.52 na 1500m oraz 14.13 na 5000m. W ostatnich latach mieliśmy w Polsce mocniejszych zawodników - dwa lata temu 14.12 pobiegł junior Łukasz Kujawski, a Marcin Chabowski w 2005 roku aż 14.00! Na 1500m mieliśmy w ostatnich latach chmarę juniorów mocniejszych niż jakiś tam słabiak Ritzenhein z USA.
Jednak rozwój kariery Riztenheina jest niezły - jako 19 latek jest trzeci na mistrzostwach świata juniorów w przełajach. Wygrywa wtedy niejaki Kenenisa Bekele. W czasie studiów swoją życiówkę doprowadza do wyniku 13.22, a wkrótce po ich ukończeniu - do 13.16. Tutaj mała uwaga - amerykańscy juniorzy nie mają w czasie studiów żadnych ulg, indywidualnych toków nauczania, żadnych obozów sportowych, kadr wojewódzkich czy krajowych, jak to jest u nas w kraju. Liczy się tam ciężka praca - a jak ktoś nie daje rady, zawsze może zrezygnować. Po wyjeździe to jest często szok dla polskich zawodników, którzy zaczynają studia w USA.

Dathan Ritzenheim, foto: Getty Images
Ritzenhein w czasie studiów nie był oszczędzany - miał liczne kontuzje. Mimo wszystko do znakomitej życiówki na 5000m dorzucił 27:38 w biegu na 10 000m. Po studiach powoli zaczął trenować do maratonu. Jego trenerem został Brad Hudson, co ciekawe, gość bez żadnego formalnego wykształcenia trenerskiego, podobnie jak ja. Co jeszcze ciekawsze, trener najlepszych amerykańskich maratończyków (Ryan Hall i Deena Kastor), Terrence Mahon, również nie studiował na AWF - ukończył filozofię i język angielski.
Ritzenhein pod opieką Hudsona trenował kilka lat, podczas maratonu olimpijskiego w Pekinie był 9 na mecie (jako drugi biały, wyprzedził o 1 miejsce Ryana Halla). W tym roku w Londynie pobiegł 2:10:00 i rozczarowany tym wynikiem zmienił trenera na Alberto Salazara, trenera m.in. Galena Ruppa. Swoją drogą, i Hudson, i Mahon i Salazar byli znakomitymi biegaczami, po zakończeniu kariery pracują jako trenerzy. Po kierunkiem Salazara Ritzenhen, jak sam mówi, nabrał świeżości, nowej ochoty do treningu. Na bazie potężnej wytrzymałości tlenowej, którą zbudował pod kierunkiem Hudsona, zaczął trening szybkościowy do startów na bieżni. Podczas tegorocznych mistrzostw USA był drugi na 10 000m, za Ruppem, podczas mistrzostw świata było jeszcze lepiej - dobiegł na 6 miejscu (również na 10000m), jako pierwszy biały, z nowym rekordem życiowym. I wreszcie wczoraj w Zurychu fantastycznym, równym biegiem, który zaczął jako ostatni w stawce, potem zaś przesuwał się, w miarę jak inni słabli, poprawił rekord Ameryki, uzyskał czas, który dla nas, zwykłych polskich tuptaczy wydaje się kosmosem - 12.56!
Wynik Ritzenheina oraz wyniki jego amerykańskich kolegów dowodzą, że nie trzeba być urodzonym na wysokości Kenijczykiem, żeby szybko biegać biegi długie. Ritzenhein pochodzi z Michigan, z miejscowości położonej na poziomie morza, o klimacie podobnym do polskiego. Trenuje często na wysokości, obecnie zaś mieszka w "wysokogórskim" domu Nike w Oregonie. Co jednak ważne - pochodzenie ma takie, jak każdy z nas. Nie jest Kenijczykiem i nie wychował się w górach. Wynik osiągnął ciężką, naprawdę ciężką pracą treningową - ale mądrą! - wykonywaną przez wiele lat. Skoro on może, może każdy z was, pamiętajcie o tym.
Z tych czterech białych, którzy złamali 13 minut, trzech pochodzi z anglosaskiej kultury treningu, są to: Amerykanin Bob Kennedy, Ritzenhein, Australijczyk Craig Mottram. Czwartym z nich jest Niemiec Dieter Baumann. Ten jedyny spoza tej szkoły, Baumann, wplątany był w aferę dopingową i chociaż do dziś zarzeka się, że to jedna wielka pomyłka, jego wyniki trzeba oceniać z pewnym sceptycyzmem.
Ritzenhein to od wielu lat wielka nadzieja amerykańskich biegów, niesamowicie utalentowany junior oraz dowód na to, że amerykańscy trenerzy potrafią swoich juniorów doprowadzać do znakomitych wyników. W Polsce wciąż się mówi o tym, że USA to katowanie, zajeżdżanie, ciągłe starty w ligach przełajowych, halowych i stadionowych. Jednak kariery Ritzenheina, Ryana Halla czy Alana Webba, a z kobiet Kary Goucher, Shalane Flanagan czy Shannon Rowbury pokazują, że problem z prowadzeniem juniorów istnieje w znacznie większym stopniu w Polsce. Zerknijmy bowiem na wyniki takiego Ritzenheina - jeszcze jako 18-latek nie wyróżniałby się specjalnie w polskiej rzeczywistości - pobiegł 3.52 na 1500m oraz 14.13 na 5000m. W ostatnich latach mieliśmy w Polsce mocniejszych zawodników - dwa lata temu 14.12 pobiegł junior Łukasz Kujawski, a Marcin Chabowski w 2005 roku aż 14.00! Na 1500m mieliśmy w ostatnich latach chmarę juniorów mocniejszych niż jakiś tam słabiak Ritzenhein z USA.
Jednak rozwój kariery Riztenheina jest niezły - jako 19 latek jest trzeci na mistrzostwach świata juniorów w przełajach. Wygrywa wtedy niejaki Kenenisa Bekele. W czasie studiów swoją życiówkę doprowadza do wyniku 13.22, a wkrótce po ich ukończeniu - do 13.16. Tutaj mała uwaga - amerykańscy juniorzy nie mają w czasie studiów żadnych ulg, indywidualnych toków nauczania, żadnych obozów sportowych, kadr wojewódzkich czy krajowych, jak to jest u nas w kraju. Liczy się tam ciężka praca - a jak ktoś nie daje rady, zawsze może zrezygnować. Po wyjeździe to jest często szok dla polskich zawodników, którzy zaczynają studia w USA.

Ritzenhein w czasie studiów nie był oszczędzany - miał liczne kontuzje. Mimo wszystko do znakomitej życiówki na 5000m dorzucił 27:38 w biegu na 10 000m. Po studiach powoli zaczął trenować do maratonu. Jego trenerem został Brad Hudson, co ciekawe, gość bez żadnego formalnego wykształcenia trenerskiego, podobnie jak ja. Co jeszcze ciekawsze, trener najlepszych amerykańskich maratończyków (Ryan Hall i Deena Kastor), Terrence Mahon, również nie studiował na AWF - ukończył filozofię i język angielski.
Ritzenhein pod opieką Hudsona trenował kilka lat, podczas maratonu olimpijskiego w Pekinie był 9 na mecie (jako drugi biały, wyprzedził o 1 miejsce Ryana Halla). W tym roku w Londynie pobiegł 2:10:00 i rozczarowany tym wynikiem zmienił trenera na Alberto Salazara, trenera m.in. Galena Ruppa. Swoją drogą, i Hudson, i Mahon i Salazar byli znakomitymi biegaczami, po zakończeniu kariery pracują jako trenerzy. Po kierunkiem Salazara Ritzenhen, jak sam mówi, nabrał świeżości, nowej ochoty do treningu. Na bazie potężnej wytrzymałości tlenowej, którą zbudował pod kierunkiem Hudsona, zaczął trening szybkościowy do startów na bieżni. Podczas tegorocznych mistrzostw USA był drugi na 10 000m, za Ruppem, podczas mistrzostw świata było jeszcze lepiej - dobiegł na 6 miejscu (również na 10000m), jako pierwszy biały, z nowym rekordem życiowym. I wreszcie wczoraj w Zurychu fantastycznym, równym biegiem, który zaczął jako ostatni w stawce, potem zaś przesuwał się, w miarę jak inni słabli, poprawił rekord Ameryki, uzyskał czas, który dla nas, zwykłych polskich tuptaczy wydaje się kosmosem - 12.56!
Wynik Ritzenheina oraz wyniki jego amerykańskich kolegów dowodzą, że nie trzeba być urodzonym na wysokości Kenijczykiem, żeby szybko biegać biegi długie. Ritzenhein pochodzi z Michigan, z miejscowości położonej na poziomie morza, o klimacie podobnym do polskiego. Trenuje często na wysokości, obecnie zaś mieszka w "wysokogórskim" domu Nike w Oregonie. Co jednak ważne - pochodzenie ma takie, jak każdy z nas. Nie jest Kenijczykiem i nie wychował się w górach. Wynik osiągnął ciężką, naprawdę ciężką pracą treningową - ale mądrą! - wykonywaną przez wiele lat. Skoro on może, może każdy z was, pamiętajcie o tym.
Oceń
0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.
Zobacz także
Komentarze
29/08/2009, 20:01
0
0
pamiętamy i bierzemy sobie to do serca Trenerze, per aspera ad astra, kiedys zdaje się o nim wspomiałeś na blogu
30/08/2009, 08:47
0
0
Wiem, że każdy po takim wyniku jest zachwycony tym zawodnikiem. Ale czy to przypadek, że na pewnym znanym, choć mniej przez niektórych lubianym portalu(tym od łosi) pojawia się artykuł na temat tego pana w tym samym dniu co u Ciebie? Ktoś się inspiruje niedawnym współpracownikiem, a obecną konkurencją?
Skomentuj
Blog - nowe komentarze
Blog - nowe video
