22
12/2008
00:00
Podczas gdy wszyscy ludzie w tym kraju wyglądają na zaaferowanych, jak najskuteczniej zabić karpia, ja spokojnie biegam. I kiedy mówię "spokojnie", to mam na myśli naprawdę spokojne "spokojnie". Po chorobie, w czasie której w sumie poza katarem i bólem gardła nic mi nie było (ale co to był za katar!), postanowiłem skorygować trochę swój plan. Straciłem cztery dni treningu i nie stać mnie na dalszą tego typu rozrzutność.
Jest już jasne, że kiedy połączę wiejący z prędkością 60km/godz. przeciwny wiatr z zacinającym deszczem i zwiększającym się kilometrażem, dużą siłą ogólną, dużą ilością podbiegów oraz relatywnie wysokimi prędkościami niektórych biegów - to nie jestem w stanie tego przetrawić i wypluwam to potem w postaci choroby i osłabienia. Dlatego sporządziłem wirtualną listę priorytetów, na której pierwsze miejsce zajmuje na razie zwiększanie kilometrażu do poziomu 160-180km/ tygodniowo. Pierwszym, co obcinam, jest prędkość biegu, dlatego na razie rezygnuję z długich rozbiegań w tempie 4.15/km. Wolę biegać więcej, ale po 4.50, żeby zbudować sobie solidne podstawy tlenowe i odporność mięśni na długi wysiłek.
W związku z tym ostatnio mój trening wygląda bardzo prosto i generalnie składa się z godziny biegu rano oraz godziny wieczorem. Co jakiś czas urozmaicam to podbiegami lub dwiema godzinami biegu na raz, a w domu znęcam się nad sobą za pomocą wyrafinowanych ćwiczeń. Jest to mój patent na udane święta, pobiegać, machnąć w tydzień 1,5 tysiąca brzuszków, poćwiczyć ze sprężyną... A karp i tak sam zdechnie ze starości.
Jest już jasne, że kiedy połączę wiejący z prędkością 60km/godz. przeciwny wiatr z zacinającym deszczem i zwiększającym się kilometrażem, dużą siłą ogólną, dużą ilością podbiegów oraz relatywnie wysokimi prędkościami niektórych biegów - to nie jestem w stanie tego przetrawić i wypluwam to potem w postaci choroby i osłabienia. Dlatego sporządziłem wirtualną listę priorytetów, na której pierwsze miejsce zajmuje na razie zwiększanie kilometrażu do poziomu 160-180km/ tygodniowo. Pierwszym, co obcinam, jest prędkość biegu, dlatego na razie rezygnuję z długich rozbiegań w tempie 4.15/km. Wolę biegać więcej, ale po 4.50, żeby zbudować sobie solidne podstawy tlenowe i odporność mięśni na długi wysiłek.
W związku z tym ostatnio mój trening wygląda bardzo prosto i generalnie składa się z godziny biegu rano oraz godziny wieczorem. Co jakiś czas urozmaicam to podbiegami lub dwiema godzinami biegu na raz, a w domu znęcam się nad sobą za pomocą wyrafinowanych ćwiczeń. Jest to mój patent na udane święta, pobiegać, machnąć w tydzień 1,5 tysiąca brzuszków, poćwiczyć ze sprężyną... A karp i tak sam zdechnie ze starości.
Oceń
0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.
Blog - nowe komentarze
Blog - nowe video
