W odwiecznej walce pomiędzy mną a moim lenistwem jest dziś na razie 0:1. Stałem już ubrany w drzwiach, ale poczułem nagły i nieodparty ból stopy. Brzmi to niewiarygodnie, ale jest najprawdziwszą prawdą - zaczęła mnie boleć już wczoraj, być może coś sobie odgniotłem w nowych butach. To znaczy, stopa tak w ogóle to boli mnie od sześciu lat, ale dzisiaj bolała w zupełnie innym miejscu niż zwykle.
Bardzo sobie chwalę ostateczną decyzję o niewyjściu, bo 10 minut później zerwała się ulewa. Być może jeszcze wyjdę na trening wieczorem, pobiegnę asfaltem, bocznymi uliczkami do stadionu, ale nie jest to pewne. Jeśli nie - poćwiczę w domu na brzuch i grzbiet. Na nic innego nie mogę, bo kilka dni temu zaliczyłem niezłą sesję na siłowni i do dzisiaj ledwo ruszam kończynami z powodu zakwasów. Najgorsze jednak, że jeśli nie wyjdę, spadnie mi kilometraż i jak to będzie wyglądać w dzienniczku? Ale z drugiej strony nie miałem ani dnia przerwy chyba od 3 tygodni...
