Dzisiaj jest się czym pochwalić, zrobiłem trening, który nie jest dla każdego: 12km biegu ciągłego. Psychicznie to ciężkie do zniesienia. Biegałem wolno, naprawdę spokojnie, ale z każdym kilometrem bardziej nienawidziłem biegania długich dystansów. Średnia wyszła 3.47/km, generalnie biegałem ciut wolniej, ostatni kilometr założyłem w 3.28.
Nie wiem, jak to jest, ale czy biegnę bieg ciągły po 3.30, czy po 3.50, zawsze po 4km zaczynam mieć kryzys za kryzysem. Właściwie jest to nieustający kryzys. Nie wiem, czy też tak macie? Ale doszedłem już przyczyn: nie wytrzymuję tego mięśniowo. Oddechowo to mogę nawet skipować po 3.50/km, jest to tak niska prędkość, że mogę jeszcze wesoło pogwizdywać w trakcie biegu. Ale przy dłuższym wysiłku wszystko zaczyna mi wysiadać: nogi, ręce, plecy... Sprawdziłem w swoich dzienniczkach, że najszybsze ciągłe biegałem w okresie, gdy robiłem najmocniejszą siłę na siłowni.
Całą zimę poświęcam więc na wzmocnienie się. Wiem, piszę o tym bez przerwy, ale wciąż mam dowody na słuszność tego podejścia.
Wczoraj zrobiłem rozbieganie i 7 x 150m podbiegu. Był to podbieg dość łagodny, ale biegałem mocno i na długich przerwach. Jako takie przebieżki.
Ale przyznam, że po tych 12km jestem jakiś padnięty. Choć w sumie jest to niewiele szybciej nić ostatnio robię rozbiegania: dzisiaj kontrolnie zmierzyłem prędkość na rozgrzewce. Wychodzi, że rozbiegania biegam tak po 4.10-4.00, gdy jest to prędkość kontrolowana. A kiedy się rozpędzę, to pewnie jeszcze szybciej.
